Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Nie boicie się mafii?

1

Czytaliście opowieść o tym, jak planowałam uciec do Buenos Aires, ale ktoś nieoczekiwanie pokrzyżował mi plany? Choć może raczej powinnam powiedzieć, że w końcu skierował je na dawny tor. Ten prosty tor, którym bardzo chciałam iść. Wszelkie alternatywne przygody, które odtwarzałam w swojej głowie jak barwny film, straciły na ważności. Znowu chciałam być tu i teraz – bo w tej naszej codzienności znowu było mi dobrze.

Tamtego wieczoru, w gorącym wnętrzu kawiarni, gdy Teo wyjął z kieszeni małe pudełeczko, na chwilę poczułam się jak we śnie. Dobrym i spokojnym – choć przez ułamek sekundy przeszła mi przez myśl obawa, czy aby przypadkiem nie ma tam zawieszki do obrazu, jak w serialu o Jasiu Fasoli. Na szczęście nie było jej tam, a zamiast tego zobaczyłam srebrny pierścionek z małą perełką. Idealny dla mnie – bo w perłach kocham się prawie tak samo, jak w tym, który mnie nimi obdarowuje.

To interesujące, że coraz dłuższe oczekiwanie na spełnienie marzeń czyni je w naszych myślach coraz bardziej nierealnymi. Do tego stopnia, że gdy spełnienie w końcu nadchodzi, okazuje się czymś nieoczekiwanym. Tak było w tym przypadku. I to było pierwsze zaskoczenie tego wieczoru.

Kiedy wypłakałam się już dostatecznie – ze szczęścia, rzecz jasna – i doszłam z powrotem do akceptowalnego poziomu komunikatywności, zauważyłam, że Teo patrzy na mnie wzrokiem wyrażającym wzruszenie i… oczekiwanie. Tak, jakby miał jeszcze coś ważnego do powiedzenia.

– To jeszcze nie wszystko – powiedział.

Zanim zdążyłam zebrać myśli rozrzucone po wszystkich zakamarkach szczęśliwego umysłu, wyciągnął zamkniętą dłoń i włożył coś do mojej dłoni, którą zamknął, jakby chciał potwierdzić, że to coś ważnego, poważnego i bez odwrotu.

Spojrzałam na mały, podłużny, metalowy przedmiot. Była do niego dołączona na breloku plastikowa plakietka z wypisanym adresem.

– Czy to… nasze mieszkanie? – zapytałam z niedowierzaniem, wciąż patrząc na klucz, jakby był kluczem do innego świata.

– Tak – odpowiedział. – To, które ci się podobało.

W odpowiedzi przytuliłam się mocno do niego, bo zabrakło mi słów. Zresztą nic nie trzeba było mówić, bo w tym momencie kelner przyniósł wino, które w zupełności wystarczyło, żeby uczcić wieczór – nierealny i podwójnie spełniony.

*

Następnego dnia przed południem wysiedliśmy z pociągu na stacji Pruszków. Zabytkowy budynek dworca wyglądał trochę jak z innej epoki. Miało to swój urok. Naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, znajdowała się kafejka, zachęcająca żółtym neonem do wypicia gorącej kawy w deszczowy dzień. Poszliśmy jednak dalej, wzdłuż torów. Minęliśmy dwie poprzeczne ulice, za którymi roztaczał się kolejowy krajobraz. Deszcz zacinał coraz mocniej, w zimnym powietrzu niósł się stukot przejeżdżających pociągów. Skuleni pod jednym parasolem, trzymaliśmy się za ręce, zupełnie jak na pierwszej randce – bo istotnie miała to być pierwsza randka w naszym własnym mieszkaniu.

Po piętnastu minutach doszliśmy do celu. Tu mieliśmy niebawem zamieszkać. Tak, jak sobie wymarzyliśmy. Warszawa nie była miejscem dla nas. Za głośna, za tłoczna, za bardzo zadymiona. Tutaj, na uboczu wielkiego świata, niewiele się działo – i to było to, czego szukaliśmy. Przytłoczeni nadmiarem wrażeń, które nieustannie oferowała stolica, szukaliśmy schronienia dla swoich niespokojnych myśli.

Jakiś czas temu nawet, z ciekawości, zdarzyło nam się zajrzeć na portal z ofertami mieszkań w promieniu dwudziestu kilometrów od Warszawy. W sam raz, żeby sprawnie dojeżdżać do pracy koleją miejską, ale swój dom mieć w zaciszu, w cieniu wielkiego miasta. Jak się okazało, mieszkania na sprzedaż w okolicznych miejscowościach zachęcały ceną za całkiem przyzwoity metraż. I jedno takie wpadło nam w oko – więc niewiele myśląc, umówiliśmy się na obejrzenie lokum. Tak dla rozeznania na przyszłość, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście warto brać pod uwagę tę lokalizację, gdy przyjdzie nam na poważnie wybierać mieszkanie.

Teraz staliśmy przed drzwiami tego mieszkania i nie wierzyłam, że zamieszkamy w nim już teraz. Nie za jakiś czas, nie w nieokreślonej przyszłości, ale w ciągu zupełnie konkretnych trzech miesięcy, jak obliczył Teo. Mieszkanie było zupełnie puste – z wyjątkiem umeblowanej łazienki – odmalowane, pachnące drewnem i czymś nieokreślonym, ale bardzo przyjemnym. To był zapach naszego domu. Spojrzałam na żółknące liście brzóz za oknem salonu. To była jedna z charakterystycznych cech tego mieszkania, która od razu mnie urzekła, gdy byliśmy tu poprzednio, tylko na niby. Zdawało się, jakby za oknem był las – w dodatku szumiący wiatrem w jesiennych liściach jak wzburzone morze. Wystarczyło zamknąć oczy i posłuchać, a kojący krajobraz sam napływał pod powieki.

Otworzyłam oczy i upewniłam się, czy tym razem jesteśmy tu naprawdę. Byliśmy. Wbrew całemu światu, który nie wierzył, że będzie nam tu dobrze. Po poprzedniej, zapoznawczej wizycie w tym mieście, zachwycona mieszkaniem i spokojem, jaki można było tu poczuć, półżartem mówiłam wszystkim, że znalazłam swoje miejsce na ziemi i że zamieszkamy w Pruszkowie. Skąd mogłam wiedzieć, że tak się stanie naprawdę! Marzyć jednak każdemu wolno, więc wróżyłam sobie na głos, a znajomi i rodzina pytali z niepokojem: „A nie boicie się mafii?  Może jednak gdzieś indziej?…”. Mafii się nie baliśmy, bo ta krążyła po mieście już tylko jako legenda, a duchy przeszłości na ogół nie są tak straszne, jak się je maluje.

Zastanawiało mnie tylko, skąd Teo wziął pieniądze na to mieszkanie. Skoro nadal mieszkaliśmy w kawalerce po babci Malinie – nie mógł jej sprzedać… razem z nami w środku. Ale on odpowiadał: „Na razie nie pytaj. Jesteś szczęśliwa?”. Byłam. I to bardzo. Czasami w takich chwilach miałam poczucie, że powinnam być zaniepokojona i zdenerwowana – tak przynajmniej sugerowały mi mama i przyjaciółka – tym, że Teo ma przede mną jakieś tajemnice. Ale w gruncie rzeczy mnie to nie przeszkadzało. Ufałam mu i większe zaniepokojenie wzbudzało we mnie to poczucie, że powinnam się denerwować, co zakrawało przecież o absurd. Odrzuciłam więc od siebie tę myśl. Bądź co bądź z jego tajemnic zawsze wynikały niespodzianki, z których cieszyłam się jak dziecko, więc i tym razem przytuliłam się do niego ufnie – i jeszcze raz spojrzałam na szumiące brzozy, które przywodziły na myśl las, morze… i niczym niezmącony spokój.

*

Dzisiaj na dobranoc życzę Wam, by Wasze marzenia i plany na niby przeradzały się nieoczekiwanie w zupełnie realną rzeczywistość. I ufajcie swojemu sercu – ono podpowiada najlepiej, gdzie szukać szczęścia.

 

Dobrych snów!

Angelika

Share.

1 komentarz

  1. Pingback: Pamiątka

Leave A Reply