Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Listy zza grobu

1

Wprowadziliśmy się do tamtego mieszkania w maju, tuż przed końcem studiów. Poprzedzające ten czas półrocze było dla mnie wypełnione niepokojem i narastającą frustracją. Miałam dosyć mieszkania na stancji. Męczyły mnie ciągłe zmiany współlokatorów i zupełny brak prywatności. Na początku nie przeszkadzało mi to tak bardzo, ale z czasem zaczęłam tęsknić za własnym kątem na ziemi. Choćby najmniejszym, ale oddychającym ciepłą, prywatną, domową atmosferą. Teo zaś od dawna planował opuścić dom rodzinny i rozpocząć życie na własny rachunek – ale nie pozwalały mu na to finanse, które plasowały się na poziomie typowym dla polskiego studenta ze średnio zamożnej rodziny.

Wtedy na ratunek przyszła nam babcia Malina, która wyprowadziła się ze swojego mieszkania… do wieczności. Nie postrzegaliśmy jednak jej odejścia jako szansy na początek wymarzonego życia. Chociaż była już w nadzwyczaj poważnym wieku – trudno nam było wyobrazić sobie świat bez niej. Była jak ciepła iskierka migocząca wesoło na tle chłodnego pejzażu współczesnej szarzyzny. W dniu, w którym zgasła, wydawało się, jakby zgasło całe niebo, przypominające odtąd rozległe, czarne, puste rżysko w miejscu dawnego pola kwitnących gwiazd.

Często tak bywa, że gdy zabraknie nam kogoś bliskiego, unikamy miejsc, w których go spotykaliśmy… w obawie przed tym, że już go tam nie spotkamy. Tak było i tym razem. Nie myśleliśmy nawet o tym, żeby się tam wprowadzić, zanim przyzwyczaimy się do myśli, że dom babci jest teraz… kilka kondygnacji wyżej. Dlatego też dopiero po trzech miesiącach żałoby Teo zdecydował się zrobić porządki w opustoszałym mieszkaniu – bo zgodnie z wolą babci należało teraz do niego. A babcia Malina lubiła porządek i trzeba to było uszanować.

Teo postanowił, że pojedzie do mieszkania sam. Chciał zmierzyć się z tą pustką na prawach własnej, męskiej wrażliwości. Przyznałam, że to słuszny pomysł. W końcu była to jego babcia i jego opuściła najbardziej z nas wszystkich – o ile w tych kategoriach da się stopniować przywiązanie i tęsknotę. Spędził więc cały dzień na samotnym porządkowaniu rzeczy babci i własnych myśli, a mnie pozostawało mieć nadzieję, że choć trochę pomoże mu to w oswajaniu nowej rzeczywistości.

Wieczorem przyjechał do mnie – z kompletem kluczy i kopertą. Miał błyszczące oczy i drgające kąciki ust – jak zawsze, gdy ma w zanadrzu jakąś doniosłą wiadomość. Pocałował mnie w czoło i podał mi wygniecioną kopertę podpisaną odręcznie: „Teo”. Wyjęłam ze środka krótki list, napisany wyraźnie drżącą ręką. Brzmiał tak:

Kochany Teo,

Postanowiłam na stałe przeprowadzić się do mojego Franciszka. Zbyt długo się nie widzieliśmy. Tęsknię za nim, a Ty jesteś już duży, poradzisz sobie. Poza tym zawsze istnieją jakieś sposoby, żeby się porozumieć, gdybyś czegoś ode mnie potrzebował – ot choćby teraz… Pewnie nie wiesz, co zrobić z mieszkaniem, znam Cię… więc Ci powiem: zabierz Angelikę i urządźcie sobie miłe gniazdko. Niech Wam służy, zanim dorobicie się własnego miejsca na ziemi.

Kocham Cię Synku,
Babcia Malina

 

Nie było daty.
Nie było też wątpliwości, że babcia chciała, by Teo przeczytał list dopiero wtedy, gdy będzie gotów na ostateczne pożegnanie z nią. List leżał w szafie, na półce z bielizną. Wiedziała, że znajdzie go, gdy będzie robił porządki.

Babcia wiedziała o wiele więcej, niż mogło nam się wydawać.

*

Mieszkanie po Babci Malinie było niespełna dwudziestometrową kawalerką. Mieściło się na poddaszu przedwojennej kamienicy, stojącej w samym sercu warszawskiej Woli. Można było przypuszczać, że dawniej pełniło funkcję mieszkania dla służby. Niewielki pokój z aneksem kuchennym i łazienką nosił ślady dawnych epok, malujących się barwnymi wzorami kwiecistych tapet, które stanowiły tło dla skromnego umeblowania.

Pod oknami – wyjątkowo dużymi jak na poddasze, zajmującymi niemal całą ścianę – stało dwuosobowe łóżko z metalowym zagłówkiem, przykryte stosem pasiastych narzut, tkanych na krosnach zapewne wtedy, gdy nas jeszcze nie było na świecie. W róg pokoju wtulony był głęboki fotel z przetartą tapicerką, obłożony małymi poduszeczkami w lnianych poszewkach. O sąsiadującą ścianę opierał się ciężko masywny dębowy kredens z lat dwudziestych, który mógłby zasilić zbiory któregoś z muzeów z uwagi na unikatowe rzeźbienia. Pozostałe umeblowanie stanowiła wysoka szafa w tym samym stylu oraz niewielki okrągły stół, który przyciągał jakimś tajemniczym magnetyzmem, by usiąść przy nim i spokojnie, bez pośpiechu napić się herbaty.

Przy tym właśnie stole zawsze piło się herbatę, by odpocząć i na chwilę zapomnieć o problemach. Babcia sadzała nas tutaj i przynosiła parujący dzbanek, z którego nalewała do porcelanowych filiżanek miksturę o zapachu herbaty, ale w smaku przypominającą… do dzisiaj nie wiem co dokładnie. Wydawała się słodkawa, choć nie było w niej cukru – tak przynajmniej twierdziła babcia. Pytana, jaki to rodzaj herbaty, odpowiadała za każdym razem: „To jest herbata na smutki”. I uśmiechała się znad oparów w taki sposób, że zmarszczki na jej twarzy układały się wzdłuż policzków wielokrotnymi liniami, jakby uśmiech mnożył się i słodką strugą spływał do herbaty. Być może jej wyjątkowy posmak był tylko złudzeniem i chodziło raczej o atmosferę, którą wokół siebie wytwarzała ta pogodna kobieta.

Ta atmosfera tu pozostała. W dniu, w którym się tutaj wprowadziliśmy, odniosłam wrażenie, że mieszkanie nie zionie pustką, jaka pozostaje po zmarłych. To miejsce nadal żyło – babcinym ciepłem i urokiem. I – co dziwne – od pierwszej chwili nie było nam tu nieswojo, a po prostu… dobrze.

Szybko zadomowiliśmy się w maleńkich czterech ścianach, gdzie wszystko było niemal w zasięgu ręki, co okazało się nawet wygodne, gdy wracaliśmy zmęczeni po dniu pełnym zajęć na mieście. Nie zmieniliśmy wiele w wyposażeniu mieszkania. Miało być dla nas domem tymczasowym. Miejscem, w którym mieliśmy się ogrzać, przygotować – i wyruszyć w dalszą drogę do naszego docelowego domu. Zresztą wszystko tam było utrzymane w bardzo dobrym stanie, bo babcia z wyjątkową czułością traktowała nie tylko ludzi, lecz także przedmioty.

Zastanawiało nas tylko jedno – zawartość obszernej szafki w kredensie, zamkniętej na kluczyk, którego nigdzie nie mogliśmy znaleźć. Po trzykrotnym przeszukaniu wszystkich kątów – a nie było ich znowu tak wiele – Teo uznał, że może jest tam coś, o czym nie powinniśmy wiedzieć i lepiej zostawić tę szafkę w spokoju. Nie byłam pocieszona tym obrotem spraw, bo ciekawość mnie zżerała. Poza tym coś mi mówiło, że lepiej sprawdzić, co kryje się za dębowymi drzwiczkami, które z każdym dniem skrywały coraz większy sekret. Ostatecznie jednak dałam spokój dziwnej szafce, skoro Teo tak postanowił – w końcu to była jego babcia, a mieszkanie wraz ze wszystkimi zagadkami należało do niego.

Tak się jednak złożyło, że jakiś czas później – w pewien listopadowy wieczór, gdy byłam sama w domu – szafka… po prostu się otworzyła. Sprzątałam mieszkanie i dla urozmaicenia nudnego zajęcia odtwarzałam sobie na żywo teledysk ulubionej piosenki, którą akurat nadawało radio. Choreografia była dosyć dynamiczna, a przestrzeń wokół mnie ograniczona, toteż w pewnym momencie rąbnęłam z całej siły łokciem w zamek od zagadkowej szafki. Zawyłam z bólu, wtórując wokalistce zanoszącej się śpiewnym płaczem – bo była to smutna piosenka – i z nienawiścią spojrzałam na kredens. Wyglądał jakoś inaczej niż zwykle. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że drzwiczki, zamknięte dotąd na siedem pieczęci, są uchylone. Widocznie przy silnym uderzeniu zamek się obluzował – i oto stanęłam przed prawdziwym odkryciem.

Szafka wypełniona była po brzegi listami pogrupowanymi w pliki przewiązane kolorowymi wstążkami. Były ich tam dziesiątki, jeśli nie setki. Stałam jak zahipnotyzowana, bo jestem zapaloną fanką listów, szczególnie tych tradycyjnych, pisanych odręcznie na papierze. Stałam tak, targana sprzecznymi emocjami, bo miałam ochotę od razu wszystkie przeczytać, ale nie pozwalała mi na to przyzwoitość… i wzgląd na Teo, który jest kategorycznie przeciwny nieszanowaniu cudzej prywatności.

Gdy tak stałam i gapiłam się w prawdziwie epistolarną szafkę, rzuciła mi się w oczy koperta, leżąca luzem na samym wierzchu jednego ze stosików. Było na niej napisane drżącą ręką staruszki… moje imię. O ile mi wiadomo, w tej rodzinie nie było jeszcze żadnej Angeliki, więc zaryzykowałam i w wielkim podnieceniu delikatnie odkleiłam kopertę. Ogarnęło mnie wzruszenie, gdy zaczęłam czytać słowa babci Maliny układające się w nieprawdopodobny przekaz zza grobu:

Moja Kochana,

Pamiętasz dzień, w którym się poznałyśmy? Powiedziałam Ci wtedy, że mamy wiele wspólnego. Widziałam, że jesteś tym zaskoczona, ale nie zapytałaś, skąd to wiem. Wiedziałam, bo w ciągu mojego życia nauczyłam się czytać ludzi jak książki. Nie można nigdy oceniać ich po okładce, ale gdy zajrzy się do środka i przeczyta kilka przypadkowych zdań, można wywnioskować, z jakim rodzajem książki – czy też człowieka – ma się przyjemność obcować. Twoje przypadkowe zdania, które zamieniłaś ze mną tamtego dnia, mówiły mi dużo o Twojej wrażliwości i wyobraźni, których na co dzień używasz do budowania swojego świata.

Tamtego dnia dowiedziałam się, że Teo spotkał tę właściwą kobietę, choć sam nie miał wtedy pewności. Być może nadal sobie tego nie uświadamia – w takich sprawach potrzebuje czasu – ale zapewniam Cię, że do tego dojdzie. Masz moje słowo. Czuj się już teraz jak cząstka tej rodziny – bo myślę, że już na zawsze w niej pozostaniesz.

Dlatego chciałabym Cię prosić, żebyś zaopiekowała się moimi listami. Przeczytaj je dokładnie, a później zrób z nimi, co uznasz za stosowne. Dowiesz się z nich znacznie więcej niż Teo będzie w stanie Ci powiedzieć. Skorzystaj z mojej historii, gdy nie będziesz wiedziała, w którą stronę pójść. W końcu mamy wiele wspólnego. Więcej niż sądzisz.

Bądź szczęśliwa i pamiętaj o mnie
Babcia Malina

 

*

Na dobranoc życzę Wam, byście spotykali w swoim życiu ludzi, przy których zwykła herbata smakuje jak zaparzony we wrzątku uśmiech – i z którymi macie więcej wspólnego, niż moglibyście się spodziewać.

 

Dobrych snów!
Angelika

Share.

1 komentarz

  1. Pingback: Dziecko z morza

Leave A Reply