Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Dziecko z morza

0

Nazywali ją dzieckiem z morza. Urodziła się 9 listopada 1925 roku w małym domku na samym skraju świata. Tego dnia nie wiał wiatr. Zimna woda obmywała brzegi łagodnym, rytmicznym pulsowaniem płynącym z głębin, jakby serce morza chciało nadać rytm życiu toczącemu się na kruchym ludzkim lądzie. Tego dnia życie to na zmianę przyspieszało i zwalniało swój bieg, i kołatało się jak serce człowieka postawionego nagle pośrodku – między rozpaczą a szczęściem. Gdyby ktoś przyjrzał się śladom na piasku, zauważyłby w nich odzwierciedlenie tych emocji. Ślady tych samych stóp prowadziły w dwie przeciwne strony. Te biegnące do morza wbijały się w mokry piasek z ogromną siłą czarnych uderzeń rozpaczy. Te idące od morza do pobliskiej chaty stąpały powoli i ostrożnie, jakby stawiający je człowiek niósł coś bardzo cennego. Jakby morze wydało na brzeg skarb co najmniej tak drogi, jak… ludzkie życie.

*

Czekali na to dziecko jak na cud. W świecie, w którym nic nie było pewne, tylko miłość – stale mnożona jak niezbywalny majątek – wydawała się realnym spełnieniem, zależnym w pełni od woli serca, a nie od zewnętrznych przypadków. Przetrwali razem już wiele sztormów, w tym rodzinną burzę, jaką w świadomości ówczesnych wywoływał mezalians. Ona – córka rybaka z Gdyni, on – inteligent z Gdańska. Dwa różne światy, które udało im się skleić w szczęśliwą całość. Uważali to za największy sukces swojego życia. Chcieli całą tę miłość utrwalić, by jej ślad żył dłużej od nich samych i oddziaływał na losy przyszłego świata. Czekali na dziecko – jak na cud łączący przeszłość z przyszłością.

Po ślubie zamieszkali u niego, na parterze kamienicy w samym sercu Gdańska. Sprowadził dla niej krosna, by mogła tkać kolorowe chodniki, bo – jak twierdziła – gdy stąpa się bosymi stopami po miękkich, kolorowych powierzchniach, barwy wędrują od stóp przez długość całego ciała i osiadają w głowie w postaci dobrych myśli. Miała niezwykłą wyobraźnię, która go urzekała. W dzień targowy potrafiła sprzedać wszystkie chodniki dzięki nieprawdopodobnym historiom, które przypisywała każdemu z tkanych arcydzieł.

On pracował jako redaktor w „Gazecie Gdańskiej”. Pisał artykuły o różnej tematyce, ale szczególnie bliska była mu problematyka społeczna. Był idealistą. Wierzył w to, że pod szorstką skorupą codzienności kryje się piękny, szczęśliwy świat, który można wydobyć na światło dzienne dzięki zapałowi i otwartości na drugiego człowieka. Ludzie fascynowali go swoją różnorodnością, niepowtarzalnością charakterów, motywacji i wrażliwości. Widział w nich ogromny potencjał i na łamach gazety zachęcał ich do pracy na rzecz ulepszania świata, którego byli częścią.

By jego słowa nie pozostawały pustymi frazesami, sam włączył się w prace nad budową gdyńskiego portu. Redaktor naczelny gazety co jakiś czas delegował go do Gdyni, by z bliska obserwował postawy społeczne widoczne w codziennym znoju podejmowanym dla wspólnego dobra. W samym środku przełomowego procesu, który prowadził do zaślubin Polski z morzem, poznawał historie miejscowych i przyjezdnych ludzi, będących dla niego inspiracją do pisania artykułów… i nie tylko. W tajemnicy przed światem pisał także dziennik, w którym przemycał dla potomności zasłyszane opowieści pełne nadziei, szczęścia, rozpaczy, żalu, zwyczajnych doświadczeń i mrocznych tajemnic.

Na początku listopada 1925 roku przypadła kolejna delegacja, w którą zabrał ze sobą żonę, noszącą już pod sercem ich upragniony cud. Nie chciał zostawiać jej samej w takim stanie – tym bardziej, że w Gdyni miała rodziców, u których mogła chwilowo zamieszkać. W małym drewnianym domku na skraju świata – bo dotąd drogi morskie były dla tego lądu niedostępne – dni płynęły spokojnym, niezmiennym rytmem. Szum morza kołysał mieszkańców do snu wraz z ciemniejącym zmierzchem i budził ich do życia z pierwszymi promieniami słońca, płynącymi zza horyzontu na falach mierzwionych wiatrem.

Tamtego dnia nie wiał wiatr. Piasek na plaży zaczynał już szarzeć. Barwy spływały z powierzchni całego krajobrazu do spokojnego morza, by wsiąknąć w horyzont wraz z ostatnimi przebłyskami dnia. Po skończonej pracy szedł do domku na skraju świata, który odbijał się od wieczornej szarości łuną z rozświetlonych okien. Zdziwiło go, że wewnątrz panował jakiś niespokojny ruch, nietypowy dla tej pory dnia. Za oknami co chwilę przewijała się jakaś postać. Przyspieszył kroku.

Gdy dochodził do ogrodzenia, usłyszał jej krzyk. Straszny krzyk rozdzierający ciszę, który niósł się nad spokojną wodą echem pełnym bólu i strachu. Szybko wszedł do środka. Przy szerokiej, drewnianej ławie siedział ojciec z nastroszonymi wąsami i wgryzał się w fajkę, która dawno już zgasła. Drzwi do drugiej izby były zamknięte, ale nie tłumiły odgłosów, jakie towarzyszą rodzeniu się nowego życia. Serce biło mu coraz szybciej i szybciej, gdy uświadamiał sobie, co się dzieje tuż obok – i nagle zamarło, gdy usłyszał słowa akuszerki: „To dziewczynka…”. I zamarło drugi raz, gdy dodała: „Nie oddycha!”.

Nie wiedział, co wydarzyło się później. W chwili, gdy usłyszał te dwa słowa, ogarnął go taki szał, że stracił panowanie nad tym, co robi. Wbiegł do izby pełnej krwi, strachu i przerażenia, chwycił małe, kruche ciałko pozbawione życiodajnych odruchów, zawinął je w swój płaszcz – i pobiegł przez bezbarwny kraniec świata w kierunku morza. Włożył zawiniątko do przycumowanej łodzi i pchnął ją resztkami sił, krzycząc ochryple: „To miał być cud!”.

Pusta cisza bez życia na chwilę go ogłuszyła, ale gdy ocknął się z nagłego zamroczenia, usłyszał… głos dobiegający znad spokojnej wody. Głos, którego nigdy jeszcze nie słyszał z tak bliska. To był głos noworodka.

Pchany siłą, która pochodziła jakby spoza niego, wbiegł w łagodne fale i kilkoma gorączkowymi ruchami znalazł się przy łodzi. W fałdach wielkiego płaszcza zobaczył maleńką siną główkę, która łykała chłodne listopadowe powietrze, by po chwili wyrzucić je z siebie wraz z płaczem dotykającym samego rdzenia serca.

Wyjął z łodzi swój cud i pokropił go słonymi łzami, jakby chciał wypłakać z oczu całe morze, które go otaczało. Ostrożnie, prowadzony za ramię ręką Boską – bo oczy miał wciąż utkwione w maleńkich ustach, które oddychały – wrócił do chaty. Nie widział tego, co się tam działo. Wszedł i włożył zawiniątko w ramiona matki, która umarła wraz z dzieckiem i wraz z nim wróciła do życia. Bo tak zawsze dzieje się z matkami, gdy raz już nimi zostaną.

Dziewczynka była zdrowa. Miała na głowie jeden kosmyk kasztanowych włosów – takich samych, jak u jej ojca – i niebieskie oczy po matce. Ilekroć przystawiano ją do piersi, chwytała matczyne włosy silnym uściskiem maleńkiej rączki, jakby chciała powiedzieć, że tutaj jest jej miejsce. Najbardziej jednak uspokajał ją szum morskich fal – bo był to pierwszy dźwięk, jaki usłyszała na tym świecie. Nazwali ją Maryną – dzieckiem z morza. I dokądkolwiek życie ją zaniosło, zawsze tęskniła za tym skrajem świata – bo morze miała we krwi.

*

Gdy zaczęłam przeglądać listy babci Maliny, przekonałam się, że istotnie zamknęła w nich całe swoje życie. Część z nich – zachowana w formie kopii – adresowana była do rodziny i przyjaciół. Znaczna część – już na pierwszy rzut oka sprawiająca wrażenie prawdziwej perełki wśród światowej epistolografii miłosnej – były to listy do męża, kierowane na adresy portów całego świata. Późniejsze nie miały żadnego adresu. Pośród pogrupowanych kopert znalazły się również takie, na których widniał dopisek: „Do potomnych”. Jednym z nich był list o dziecku z morza, który okazał się spisanymi wspomnieniami… rodziców babci. Po nich najwyraźniej odziedziczyła lekkie pióro, plastyczną wyobraźnię – i potrzebę utrwalania ulotnych chwil, by żyły dłużej niż trwa życie człowieka.

Pomyślałam o niezwykłej historii, która wydarzyła się na samym krańcu świata i o lakonicznych słowach, które babcia Malina skierowała do mnie w swoim ostatnim liście. I zatęskniłam za kojącym szumem morza, który zawsze mnie uspokajał… Może dlatego, że urodziłam się na statku pasażerskim dobijającym do portu w Gdyni, nad którą niebo szarzało, by oddać ostatnie barwy dnia falom odpływającym za daleki horyzont.

*

Dzisiaj na dobranoc życzę Wam, byście pamiętali, skąd pochodzicie i ile szczęścia przyniosło ze sobą Wasze pojawienie się w życiu kogoś, kto czekał na cud.

Dobrych snów!
Angelika

Share.

Leave A Reply