Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Pamiątka

0

Pamiętacie tekst, w którym pisałam, że im dłużej czeka się na spełnienie marzeń, tym bardziej wydaje się ono nierealne? Takie uczucie towarzyszyło mi wiele razy. Może dlatego, że na marzeniach opieram całą swoją przyszłość, a tę trudno ogarnąć rozumem, zanim się do niej dotrze i zobaczy ją na własne oczy. A może dlatego, że rzeczy, których najbardziej pragnę, są dla mnie tak ważne, że podświadomie boję się, że nigdy ich nie dotknę. Że wymkną mi się, zanim zdążę wyciągnąć rękę, by je chwycić. Było kilka takich marzeń, które nie dawały mi spać – tłukły się po głowie nocą i nad ranem jak ptaki w klatce, spłoszone trwożliwym głosem, lecz niewidzące przestrzeni, w którą mogłyby wylecieć i uwolnić się od poczucia lęku. Zapewne spałyby spokojnie ze świadomością, że już niedługo będą mogły swobodnie wzbić się w przestworza. Ale czy ktoś kiedyś był tak pewny rychłego urzeczywistnienia swoich pragnień, że nie odczuwał tego niepokoju choćby w najgłębszych snach, pełnych mroku i przerażającej nicości?

***

Był wieczór. Podobny do innych wieczorów listopadowych. Pachnący jesienią i cieniem, jaki rzuca na świat wczesny zmierzch, wyczuwalny nie tylko wzrokiem, lecz każdym ze zmysłów. W ciemniejące szyby stukał plugawy wieczór, rozmazany deszczem – jakby dzień rozpłakał się, przerażony ciemnością, która nagle go ogarnęła. Na szybach skraplał się kontrast między zimnem zewnętrznego świata a ciepłem domu. Z radiowego głośnika płynął głos wokalisty. Płynął delikatnie i dotykał ciszy przepełnionej dziwnym nastrojem. Takim, jaki wywołuje zaskoczenie zmieszane z euforią i panicznym strachem. Byłam sama w domu. Otulona tym nastrojem, który cieszył mnie i przerażał na zmianę, gdy trzymałam w dłoni wiadomość zmieniającą życie nie do poznania.

*

Kilka godzin wcześniej wyszłam z pracy z przekonaniem, że dopadło mnie przesilenie jesienne. O tej porze roku to normalne. Nie miałam na nic siły, a głowa ciążyła mi do ziemi, gdy czekałam na tramwaj na rogu jednej z ulic warszawskiej Pragi. Lubiłam to miejsce. Przypominało spotkanie dwóch światów, z których jeden pysznił się nowoczesnością naprzeciw drugiego – skulonego wewnątrz poranionych murów minionej świetności. Teraz jednak nie zwracałam uwagi na żadne światy, spotkania ani kontrasty. Jedyną rzeczą, o jakiej marzyłam, był kubek herbaty z miodem w zaciszu własnego domu. Wiedziałam, że Teo szedł do pracy na nocną zmianę, więc było pewne, że miniemy się na progu wieczoru. Zamierzałam więc samotnie przespać ten wieczór, nieuchronnie nadciągający z zachodu, wraz z czarną chmurą zwiastującą deszcz.

Pod domem przypomniałam sobie jeszcze o witaminach, po które miałam wstąpić do apteki. O tej porze roku lepiej dmuchać na zimne, bo jesień – wiadomo – poza złotymi liśćmi i nastrojową melancholią niesie ze sobą najróżniejsze zarazy. A na to nie miałam siły ani ochoty. Głównie za sprawą kilometrowych kolejek do przychodni i niezbyt miłego głosu pani w okienku, powtarzającego się jak zacięta płyta słowami: „Numerków już nie ma”.

Weszłam do apteki, zatłoczonej nie mniej niż jesienna przychodnia i stanęłam na końcu kolejki. Ludzie kupowali dużo, zastanawiali się długo i posuwali się do przodu bardzo powoli. Wyglądali jak smutni pątnicy w drodze po zbawienie w postaci pigułek, pastylek i saszetek, rzekomo gwarantujących cudowne uzdrowienie. Czas posuwał się do przodu równie wolno, jak wymęczeni ludzie – i stwarzał doskonałe warunki do przemyślenia pewnych okoliczności.

Czasami mam wrażenie, że gdy za bardzo zanurzamy się w toni codziennych spraw, ważnych i ważniejszych obowiązków, nieprzekładalnych na później konieczności – w pewnym momencie świat stawia nas w sytuacji, w której musimy się zatrzymać i spojrzeć na siebie znad powierzchni tej toni. Tak na wszelki wypadek, od czasu do czasu, żeby nie przeoczyć czegoś, co mogłoby okazać się jeszcze ważniejsze od dotychczasowych priorytetów. Taką sytuacją okazała się dla mnie kolejka w aptece. Stałam w niej dobre piętnaście minut, które jakby wypadły z osi czasu. Coraz bardziej zapadałam się we własnych myślach, które nakręcały się nawzajem jak trybiki zegara. Zaczęłam kojarzyć pewne fakty, które z każdym krokiem do przodu składały się w zaskakującą, sensowną całość. Nie wiedziałam, kiedy znalazłam się przy ladzie. Kupiłam to, co było mi potrzebne i wyszłam z apteki.

Dopiero pod domem przypomniałam sobie, że miałam kupić witaminy.

*

W domu było ciemno i cicho. Zapaliłam światło. Przesilenie jesienne zupełnie ze mnie wyparowało, choć głowa nadal ciążyła mi na karku i dopraszała się, by położyć ją na poduszce. Nie zrobiłam tego jednak. Zagotowałam wodę, zaparzyłam herbatę i włożyłam do niej łyżkę miodu. Włączyłam radio, bo w ciszy było mi nieswojo. Chciałam, żeby ktoś ze mną był. Ktokolwiek. Choćby namiastka człowieka w postaci samego głosu. Poczekałam, aż herbata przestygnie i wypiłam kilka łyków miodowego wywaru. Zrobiło mi się nieco cieplej i w końcu odważyłam się wyjąć z torebki to, co kupiłam zamiast witamin.

Po oknach spływały krople deszczu. Miałam wrażenie, że lada chwila po policzkach spłyną mi krople łez. Byłam zupełnie rozbita, choć przesilenie jesienne miałam już za sobą. To nie ono tak mnie męczyło. Przyczyna złego samopoczucia leżała o wiele głębiej.

W wielkim napięciu odczekałam kilka minut i spojrzałam na niecodzienną wiadomość, którą trzymałam w rękach. Spojrzałam i zachłysnęłam się jedną wielką łzą wzruszenia, która stanęła mi w gardle. Na teście ciążowym widniały dwie bardzo wyraźne czerwone kreski.

Był wieczór. Niepodobny do innych wieczorów listopadowych. Pachnący jesienią i światłem, które czuje się w ciemności, choć nie można dostrzec go wzrokiem. W radiu grał utwór Kochaj mnie i dotykaj – i wierzcie mi, że w tym momencie bardzo wyraźnie czułam, jak ono dotyka mnie od środka. Maleńkie i oczywiste. Moje dziecko. To, które śniło mi się po nocach i płakało przez sen. Nie dawało mi spać, jakby było naprawdę. A teraz – było naprawdę. I pierwszy raz w życiu poczułam tak dziwną mieszaninę uczuć, które splatały się ze sobą i zaciskały na moim gardle.

Bałam się o to dziecko z taką samą mocą, z jaką je kochałam. Byłam szczęśliwa – i byłam przerażona. Tym, że to stało się tak niespodziewanie, choć pragnęłam tego od dawna. Tym, że odkładałam badania profilaktyczne na później, bo moje marzenia wydawały się odległe i nierealne. Tym, że będę musiała je urodzić. A dzieci w naszej rodzinie przychodziły na świat bardziej niepewnie niż inne.

Tego wieczoru zmieniły się moje plany. Nie położyłam się do łóżka samotnie. Był ze mną ktoś, kto miał zostać w moim życiu już na zawsze. Tak, jak Teo – i zupełnie inaczej niż Teo. Uśpił mnie nowy, nieznany wcześniej rodzaj miłości, która z każdą sekundą rosła i tłumiła wszystkie inne uczucia, które powoli cichły.

Zanim zamknęłam oczy, spojrzałam na ręcznie malowany wazon, przywieziony z podróży poślubnej. Teo kupił mi go z bólem serca za całe czterdzieści euro. Ale kupił – bo bardzo chciałam mieć wyjątkową pamiątkę. Nie wiedziałam, że jedną noszę już w sobie. O wiele droższą niż tamten ręcznie malowany wazon.

*

Na dobranoc życzę Wam jeszcze raz, byście nosili w sobie swoje pragnienia tak długo, aż dojrzeją do tego, by niespodziewanie przyjść na świat. Bądźcie czujni i zatrzymajcie się czasem na chwilę, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie widać ich już na horyzoncie.

Dobrych snów!
Angelika

Share.

Leave A Reply