Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Muzyka

2

Muzyka była obecna w moim życiu od zawsze. Najpierw za sprawą mojej mamy – wiolonczelistki. Od tego wszystko się zaczęło. Moje najdawniejsze wspomnienia sięgają wieczorów, kiedy mama kładła mnie do łóżka i śpiewała kołysanki, które wymyślała na bieżąco. Były piękne – kojarzyły mi się z jakimś zaczarowanym światem, który wyrastał wokół mnie, kiedy ona śpiewała. Te kołysanki miały nie tylko słowa i melodię. Miały też zapach – bezpieczeństwa, spokoju, miłości. Zapach mamy. Potem wychodziła z pokoju, zamykała drzwi i po chwili zza ściany zaczynały płynąć przytłumione dźwięki wiolonczeli, przy których ostatecznie zasypiałam. Mama wieczorami ćwiczyła do koncertów. Dla niej była to praca, dla mnie – nieodłączny element wieczornego rytuału, którego dzieci potrzebują, by spokojnie zasnąć.

Od najmłodszych lat chciałam być taka, jak ona. Lubiłam zakładać jej buty, sukienki i biżuterię. Urządzałam też wiolonczelowe koncerty dla lalek, które słuchały jak zaczarowane. Najbardziej jednak chciałam śpiewać tak, jak ona. Wiedziała o tym – bo mamy wiedzą wszystko – i uczyła mnie piosenek, które pisała specjalnie dla mnie. Miałam własny, niepowtarzalny repertuar – jak prawdziwa gwiazda estrady. Czasem się nią czułam, szczególnie w wigilijne wieczory, kiedy przychodziło do śpiewania kolęd. U nas w rodzinie był bowiem zwyczaj wspólnego kolędowania. Wraz z pierwszą gwiazdką zaczynał dziadek, a reszta wtórowała mu, jak potrafiła. Były też występy solowe, do których mama przygotowywała mnie i moje siostry. Kiedy przychodziła moja kolej, stawałam w świetle choinkowych lampek – i zapominałam o całym świecie. Mój świat był na scenie, tam czułam się lepiej niż gdziekolwiek indziej. Do czasu.

W pewien świąteczny wieczór, zasypany śniegiem po kolana – bo wtedy bywały jeszcze takie zimy – z trudem dotarliśmy do domu dziadków. Tam w Wigilię spotykała się cała rodzina. Miałam sześć lat i uwielbiałam wszystko, co kolorowe, błyszczące i słodkie. Takie były święta, które przygotowywała dla nas babcia. W tej atmosferze wyczekiwało się pierwszej gwiazdki, prezentów i słodyczy – i corocznych występów pod rozświetloną choinką. W tamten wieczór wszystko było jak zawsze. Na stole stały barwne półmiski, po pierwszym daniu dziadek zaintonował kolędę, a potem przyszła kolej na dziecięce śpiewy. Pamiętam, jak dużo serca włożyłam w swój występ, jak byłam szczęśliwa, gdy wszyscy bili brawo – i jak cały nastrój prysł, gdy usłyszałam cyniczny głos wujka Zenka: „A co tak płaczliwie? Jakby ci kot nasikał do kapcia”.

Nie wiedziałam, dlaczego według wujka było płaczliwie – przecież to była radosna kolęda – ani jaki związek miał z tym kot (tego do dzisiaj nie wiem). Straciłam jednak wiarę w to, że umiem śpiewać – i straciłam na to ochotę. Mama tłumaczyła mi później, że nie powinnam się tym przejmować. Ale ja się przejęłam. W tonie wujka było coś, co mówiło mi, że gdy śpiewam, jestem do niczego. To zapamiętałam na zawsze. I od tej pory nigdy już nie śpiewałam w obecności nikogo.

W głębi duszy jednak ciągnęło mnie do muzyki. Próbowałam gry na różnych instrumentach, ale w niczym nie mogłam się do końca odnaleźć. W końcu zaczęłam szukać spełnienia w relacjach z muzykami. Najpierw był gitarzysta, z którym łączyło mnie tylko jedno – miłość do muzyki. Był cztery lata starszy. Kiedy ja grzecznie kończyłam liceum, on już studiował, pracował, palił papierosy i wiódł bardzo rozrywkowe życie. Podobałam się mu. Mnie najbardziej fascynowała w nim jego inność… i gitara.

Potem byli kolejno: dj radiowy, pianista, tenor z kościelnego chóru i basista ze studenckiej kapeli rockowej. Na sam koniec trafiłam na charyzmatycznego cymbalistę, który ostatecznie okazał się prawdziwym cymbałem i po nim dałam sobie spokój z muzykami. Doszłam do wniosku, że nie tędy droga. Szukałam jednocześnie miłości i spełnienia, ale najwyraźniej robiłam coś nie tak.

Jakiś czas później poznałam Teo i wszystko stało się jasne. Szukałam dotąd w niewłaściwych miejscach. Potrzebowałam kogoś, kto nie byłby obciążony tym, co mnie bolało. Teo nie dość, że z muzyką miał raczej mało wspólnego, urzekł mnie rozbrajającym poczuciem humoru, gdy powiedział na jednej z pierwszych randek: „Ja umiem grać… co najwyżej na nerwach!”. Niby banał, ale dzięki niemu jakiś podświadomy kamień spadł mi z serca. Przy mężczyznach, z którymi wcześniej się spotykałam, miałam poczucie, że nie dorastam im do pięt, bo oni są prawdziwymi muzykami, a ja… nadal tą małą dziewczynką, której wujek Zenek powiedział, że śpiewa, jakby kot narobił jej do kapcia. Czy jakoś tak.

Z Teo był tylko jeden problem. Owszem, nie był żadnym wirtuozem, światowej sławy pianistą ani operowym tenorem, ale przepadał za karaoke, na które wielokrotnie mnie wyciągał w sobotnie wieczory. Kilka razy dałam się namówić – głównie z sentymentu… ale o tym opowiem Wam kiedy indziej. Wracając do rzeczy – Teo świetnie odnajdował się na scenie, bo nie czuł żadnej presji, żeby być najlepszym w sztuce śpiewania. On się po prostu bawił – i to mi się w nim podobało. I też tak chciałam – ale nie potrafiłam. Za nic nie mogłam się przemóc, żeby stanąć przed wszystkimi i zaśpiewać. Głos wiązł mi w gardle, traciłam oddech – i cierpiałam w głębi złamanej duszy. Wiedziałam, że potrafię, ale lęk przed tym, że coś nie wyjdzie, był tak silny, że… faktycznie nic z tego nie wychodziło. Teo był trochę smutny, że nie chcę się z nim bawić, ale w końcu zaakceptował to moje „dziwactwo”, z którym nie potrafiłam się rozstać.

Że jednak prawdziwa miłość potrafi zdziałać cuda, a w dodatku obiecałam sobie, że niezależnie od wszystkiego zawsze będę potrafiła go czymś zaskoczyć… wykorzystałam nadarzającą się okazję, żeby rozprawić się ze swoją traumą sprzed lat. Tą okazją stał się nasz ślub. Wiadomo – nowe życie, nowy początek… wszystko składało się idealnie. Takiej sposobności żal było nie wykorzystać. Postanowiłam przygotować dla niego niespodziankę, która dla mnie okazała się najlepszą motywacją do przełamania swojego lęku. W tamtym momencie czułam, że dla niego jestem w stanie zrobić wszystko – i zrobiłam to dla nas obojga. Przygotowałam się jak należy, wzięłam trzy głębokie wdechy – i zaśpiewałam dla Teo na naszym przyjęciu weselnym. Przed wszystkimi gośćmi. Tym razem nie myślałam o tym, czy ktoś uzna, że wyszło źle. Chodziło o to, żeby pokazać komuś, kogo kocham, że dla niego jestem w stanie przeskoczyć samą siebie.

Nie zapomnę nigdy wzruszenia, które zobaczyłam na jego twarzy. Wyglądał, jakby wygrał na loterii milion dolarów. Nie zapomnę też reakcji rodziny i przyjaciół, którzy zdawali się oczarowani. Nie wiem, czy bardziej jakością wykonania, czy faktem, że w ogóle się na to zdobyłam. I nie zapomnę uznania na twarzy wujka Zenka, który – w przeciwieństwie do mnie – z pewnością dawno już nie pamiętał swojego głupio palniętego zdania. Tamten moment pokazał mi, że jednak potrafię. Mimo tego, że miniony czas zabrał mi szansę na taką karierę, o której marzyłam jako mała dziewczynka, wiedziałam, że nadal mogę robić to, co kocham.

Nie znaczy to oczywiście, że nagle publiczne śpiewanie stało się dla mnie pestką. O nie, takie sprawy skrywane latami na dnie duszy wymagają dłuższej pracy nad tym, by całkowicie je stamtąd wymieść. To był jednak dobry początek.

Dzisiaj wiem, że nie można porzucać swoich marzeń i planów ot tak, bo ktoś powiedział coś szybciej niż zdążył pomyśleć. Dzisiaj jednak mam prawie trzydzieści lat na karku i całą masę przemyśleń, które doprowadziły mnie tu, gdzie jestem teraz. I wiem, że każde zdanie, które kiedykolwiek wypowiem do mojej Rybki – czy też do jakiegokolwiek innego dziecka – będzie dwa razy przemyślane. Bo dziecku łatwo zrujnować świat, nawet o tym nie wiedząc.

*

Dzisiaj na dobranoc życzę Wam, byście wierzyli w siebie wbrew całemu światu. Jeśli kochacie coś robić – po prostu to róbcie. I bądźcie szczęśliwi.

Dobrych snów!
Angelika

Share.

2 komentarze

  1. Pingback: Niewypite kawy

  2. Pingback: Drogi naokoło

Leave A Reply