Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Zapach piernika

0

W naszym domu Boże Narodzenie zawsze miało zapach goździkowych pomarańczy, piernika z miodem i kompotu z suszonych owoców. Oraz wielu innych rzeczy, które skrywały w sobie niecodzienne ciepło. Z czasem zaczęłam zauważać, że zapachy te przywodzą na myśl konkretne obrazy z rodzinnej historii – obrazy niekoniecznie związane ze świętami. Tak, jakby te szczególne dni pod koniec grudnia wydobywały w człowieku wspomnienia tego, o czym nie można zapominać. O czym trzeba koniecznie pamiętać.

Tak na przykład zapach piernika jeszcze przed upieczeniem – ta mieszanina mleka, miodu, kakao i przypraw korzennych podgrzewanych w dużym garnku na maminej kuchence – za każdym razem przypominał mi chatkę cioć staruszek – chatkę rodem z mazowieckiego skansenu. Ciocie staruszki były to siostry – ciotki dziadka – pod jesień życia mieszkające razem w małym drewnianym domku, w którym zatrzymał się czas. W meblach wyrzeźbionych na przełomie XIX i XX wieku zaklęty był dziwny spokój nieznany dzisiejszym pokoleniom. Na wysokich, wąskich łóżkach, ustawionych w dwóch końcach niewielkiej, jedynej izby, piętrzyły się puchowe pierzyny nakryte pasiastymi chodnikami. Najbardziej magicznym meblem był jednak kredens, w którym zawsze można było znaleźć garść cukierków.

Kiedy byłam dzieckiem, wraz z rodzicami i siostrami odwiedzałam ciocie staruszki za każdym razem, gdy przejeżdżaliśmy obok chatki w drodze do dziadków. Najbardziej jednak pamiętam te odwiedziny w okresie świątecznym, gdy w drewniane ramy okien powtykana była słoma, dzięki której z domku nie uciekało ciepło, tak cenne w mroźne grudniowe wieczory. Wewnątrz rzeczywiście było ciepło – od blaszanego pieca i od serdecznej radości widocznej na dwóch pogodnych, pomarszczonych twarzach. Gdy zasiadaliśmy przy niewielkim stole na środku izby, od razu otwierał się kredens i każda z nas dostawała po garści cukierków w czekoladzie. Z wnętrza kredensu wydobywał się wtedy zapach starego drewna i tych cukierków, chyba trufli z jakimś korzennym dodatkiem – zapach, który tak bardzo zapadł mi w pamięć.

Ciocie staruszki po cichu odeszły ze swojej chatki, jedna za drugą, kilka lat temu. Ale ich pogodne, pomarszczone twarze widzę za każdym razem, gdy mieszam składniki na świąteczny piernik, pachnący tak samo, jak wnętrze magicznego kredensu. Poza tym wspomnieniem zostało mi po ciociach jeszcze jedno – historia pustego talerzyka. Usłyszałam ją w jeden ze świątecznych wieczorów, kiedy miałam trzynaście lat. W tamte święta zastanawiała mnie tradycja ustawiania na wigilijnym stole dodatkowego nakrycia. Wiedziałam, że oznacza to otwartość na drugiego człowieka, ale trudno mi było sobie wyobrazić, że ktoś zupełnie obcy miałby usiąść z nami przy rodzinnym stole. Ktoś nieznany, może dobry, a może zły, nieprzewidywalny i wnoszący obcość do bezpiecznego domu. Naszego domu. Coś, co ciocia Mizia powiedziała w tamten wieczór, skłoniło mnie do spojrzenia na tę kwestię z innej perspektywy.

Siedzieliśmy przy małym stole, szeleściły papierki od korzennych trufli, a powietrze za oknem było białe od mrozu i wirującego śniegu. Ciocia Mizia wyjrzała przez okno i powiedziała mimochodem: „Na pewno dzisiaj przyjdzie, będzie głodny”. I wyszła na chwilę z izby. Pobiegłam za nią wzrokiem i zobaczyłam, jak wystawia za próg sieni talerzyk z kawałkiem chleba, kiełbasy i jakiegoś ciasta. Nakryła to wszystko drugim talerzem, ale tak, żeby wystawał kawałek kiełbasy. Kiedy wróciła, spotkała moje zdziwione spojrzenie i powiedziała: „Zawsze przychodzi ktoś głodny. Pies, czy żebrak, to i to Boskie stworzenie. Zje i pójdzie w swoją stronę. Albo przenocuje z klaczą na sianie i pójdzie dalej, jak się ogrzeje. Czasem tak robią, nie wyganiamy”. I poszła do kuchni po herbatę.

Wtedy zrozumiałam, jak niewiele wysiłku potrzeba, żeby pomóc – jak to powiedziała ciocia Mizia – Boskiemu stworzeniu. Od tamtej pory wigilijny pusty talerzyk kojarzył mi się z talerzem pełnym jedzenia i dobra, które wystarczy wystawić za próg swojej bezpiecznej strefy, a ktoś potrzebujący po prostu sobie je weźmie.

Choć wiele razy zdarzało mi się wspierać przypadkowo poznane osoby, nigdy żaden pies ani żebrak nie zapukał do naszych drzwi w świąteczny wieczór. Do czasu tej Wigilii, w którą akurat nie było mnie w domu. Mieszkaliśmy wtedy w mieszkaniu po Babci Malinie – jeszcze przed ślubem, więc każde z nas wyjeżdżało na święta do swoich rodziców. W przeddzień wyjazdu ugotowałam na obiad więcej potrawki z myślą o tym, że gdy Teo wróci z pracy, zje coś na szybko i zajmie się szukaniem prezentów dla rodziny, bo to jakoś zawsze zostawało nam na ostatnią chwilę. Jak się jednak okazało, zjadł po drodze do domu kebab i słoik z potrawką został nietknięty w lodówce.

Następnego dnia, gdy szykował się do wyjścia na rodzinną Wigilię, do drzwi zadzwonił dzwonek. W jednym bucie otworzył drzwi i zobaczył mężczyznę, który najwyraźniej dawno nie widział pralki i prysznica. Nie powiedział wiele – tylko tyle, że jest głodny. Teo poprosił go, żeby zaczekał, i szybko odgrzał swoją potrawkę, która widocznie nie bez powodu pozostała wczoraj nienaruszona. Zaparzył herbatę, znalazł nawet jakąś papierową serwetkę i wszystko to dał obcemu mężczyźnie, który usiadł na schodach i od razu zaczął jeść. Teo życzył mu zdrowia i poszedł do rodziców. Kiedy wrócił przed północą, na wycieraczce stał talerz z widelcem i szklanka, umyte do czysta, zapewne śniegiem spod bloku, bo tego wieczoru sypnęło białym puchem. Obok widelca na talerzu leżała róża, złożona techniką origami z papierowej serwetki.

Kiedy Teo opowiedział mi tę historię, pomyślałam znowu o cioci Mizi, o wieczorach w chatce ogaconej słomą, o magicznym kredensie… I o tym, że każde doświadczenie gromadzone przez lata w pamięci w odpowiednim momencie przypomni nam o ludziach, którzy pokazali nam świat od innej strony. Tej dobrej i wrażliwej.

*

Na dobranoc życzę Wam dobrych wspomnień i dobrych skojarzeń – niech przypominają Wam o tym, że świat od podszewki jest naprawdę piękny. Wystarczy tylko od czasu do czasu zajrzeć pod spód codzienności.

Dobrych snów!
Angelika

Share.

Leave A Reply