Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Niewypite kawy

1

Są ludzie, którzy lubią samotność. Najlepiej czują się sami ze sobą i dzielenie z kimś swojej prywatności jest dla nich udręką. Są i tacy, którzy chcą stale otaczać się ludźmi, bo tylko wśród nich odnajdują samych siebie. Są w końcu ci, którzy czasem lubią być sami, cenią ciszę i przestrzeń dla samotnych wędrówek w głąb własnych myśli… ale muszą mieć pewność, że ktoś jest obok. Bardzo blisko. Tak blisko, że jego obecność jest wyczuwalna nawet wtedy, gdy fizycznie znajduje się w drugim pokoju… albo na drugim końcu świata. Do tego trzeciego typu osób należałam od najmłodszych lat – do typu zakochanych samotników.

Początkowo wystarczało mi to, że zawsze znalazł się ktoś, o kim można było myśleć, mieć go cały czas w głowie i w sercu. Od dziecka kochałam mocno i na zawsze – a kiedy to „na zawsze” z jakichś powodów się kończyło, znajdował się ktoś inny, kto wypełniał myśli swoją obecnością, byciem gdzieś niedaleko. Wystarczyło widywać go od czasu do czasu w szkole albo na podwórku. Kiedy jednak zaczęłam przekształcać się z dziewczynki w panienkę, samo myślenie powoli przestawało wystarczać. Miałam cudowną rodzinę, w którą zawsze mogłam się wtulić – tylu kochających ramion nie sposób nie doceniać – ale… z czasem zaczęłam potrzebować kogoś jeszcze. Kogoś jeszcze, kto byłby blisko w sposób zupełnie namacalny.

To jednak nie było takie proste. Byłam wrażliwą i płochliwą dziewczynką, która zamieniała się w jeszcze wrażliwszą i płochliwszą młodą kobietę. I choć bardzo chciałam, uciekałam przed tym, za czym tęskniłam coraz bardziej. W końcu pewnej jesieni wyjechałam w świat, żeby ostatecznie dorosnąć – i wtedy… zaczęły się dziać cuda i dziwy. Czasami miałam wrażenie, że wpadłam do jakiegoś filmu albo powieści, jednej z tych, które czytałam co wieczór przed snem. Albo że jakaś siła wyższa stara się za wszelką cenę pomóc mi w znalezieniu człowieka, który mógłby mi towarzyszyć w mojej drodze przez dziwny, obcy świat.

Zaczęło się w pewien zimowy wieczór, kiedy późną porą wracałam samotnie z pobliskiego kościoła do domu. Odległość do przemierzenia była krótka, ale nie lubiłam wałęsać się po nocy bez towarzystwa, wsiadłam więc do tramwaju… i od razu poczułam, że nie jestem tam sama. W środku było sporo ludzi, ale jedną obecność czułam mocniej niż pozostałe. Było to trochę przerażające uczucie, bo nie wiedziałam, kto to jest. Na trzecim przystanku wysiadłam i skierowałam się w stronę przejścia, za którym od wejścia do klatki dzieliło mnie tylko parę kroków. Kilka innych osób także przechodziło przez ulicę, ale jedne kroki były wyraźniejsze od pozostałych. Szły dokładnie za mną. Przyspieszyłam – i kroki za mną wyrównały tempo, żeby pozostać w bliskiej odległości. Przestraszona odwróciłam się, bo lepiej jednak zmierzyć się ze strachem i zobaczyć napastnika niż mieć go za plecami – i zobaczyłam… równie przestraszonego chłopaka, który przez chwilę tylko patrzył, a później zapytał: „Mogę cię zaprosić do kina?”. Oniemiałam, po czym powiedziałam: „Nie” i szybko wbiegłam do klatki. Zła na siebie, bo chłopak wyglądał poczciwie, a ja dałabym wszystko, żeby pójść z kimś miłym do kina.

Kolejna podobna sytuacja zdarzyła się trzy miesiące później, kiedy śniegi stopniały, a południowy wiatr przywiał do miasta pierwsze fale wiosennego ciepła. Szłam po wykładach zalaną słońcem ulicą Świętokrzyską. Z rozwianymi włosami, w butach na obcasach, w krótkiej czarnej spódnicy, skórzanej kurtce i okularach przeciwsłonecznych. Pogoda sprzyjała dobremu nastrojowi i strojowi, który na ogół podoba się mężczyznom. Przekonana, że chodzi o przyciągającą wzrok powierzchowność, ponownie powiedziałam: „Nie”. Tym razem było to „nie” pełne słonecznego uśmiechu, ale smutne w głębi duszy – skierowane do mężczyzny idącego z naprzeciwka, który znienacka zapytał: „Umówisz się ze mną na kawę?”.

Lato, które przyszło po ciepłej wiośnie, było spokojne, pachnące gruszkami z górskiego sadu i sianem suszącym się na polach, z których można było dojrzeć zarysy Tatr. Te wakacje pozwoliły mi trochę odetchnąć od codziennych trosk, toteż rozbawiła mnie kolejna sytuacja z serii dziwnych spotkań. Szłam na spacer szosą biegnącą przez górską wioskę, kiedy przejechał obok mnie fiacik wypchany go granic możliwości… góralami, z których jeden, wystawiwszy głowę przez okno, zawołał: „Nie potrzebuje pani chłopa?!”. Miał przy tym tak pogodny wyraz twarzy, że nie mogłam się nie uśmiechnąć – i podziękować za troskę.

Następna jesień załopotała wiatrem ciągnącym za sobą mgły osiadające mleczną pajęczyną nad ulicami wielkiego miasta. Po beztroskich wakacjach wróciłam do chłodnej rzeczywistości, w której coraz bardziej kogoś brakowało. Spotęgowały to dodatkowo wyrzuty, jakie czyniłam sobie po ostatnim dniu spędzonym w rodzinnym mieście, przed ponownym wyjazdem na studia. Tamtego dnia przechodziłam przez małą, wewnętrzną uliczkę w samym środku osiedla, kiedy stanął przede mną samochód. Z okna wychylił się młody, na oko trzydziestoletni mężczyzna, który zapytał o drogę. Powiedziałam mu, którędy powinien pojechać i już miał ruszyć, ale zawahał się… i zapytał niepewnie: „A może poszlibyśmy na kawę?”. Odmówiłam i wróciłam do domu z płaczem. Bo nie potrafiłam zaufać komuś przypadkowo spotkanemu na ulicy – ale niebieskie oczy mężczyzny z samochodu prześladowały mnie przez następne samotne noce.

Tak minął rok dziwnych „zaproszeń na kawę”, pojawiających się w dość równych odstępach czasu. W międzyczasie spotykałam się z różnymi muzykami, o których wspominałam w tekście Muzyka. Nie były to jednak prawdziwe związki, a jedynie próby znalezienia kogoś, kogo ciągle nie mogłam znaleźć. Zima przyniosła mi rezygnację. W dniu, w którym uznałam, że to wszystko nie ma sensu, spotkałam w tramwaju starszego pana, który zapytał mnie o godzinę i po krótkiej wymianie zdań powiedział: „Może da się pani zaprosić do mnie na obiad? Bo wie pani, mój syn ciągle przyprowadza jakieś lafiryndy… ta teraz nie potrafi nawet posługiwać się sztućcami. Nie to, co pani… taka elegancka młoda osoba…”. Nie wiedziałam, czy się roześmiać, czy wyskoczyć z jadącego tramwaju… wobec tego grzecznie odmówiłam, dziwiąc się, jak można ocenić, czy ktoś umie posługiwać się sztućcami na podstawie kilku zdań na temat godziny i pogody.

Wiedziałam, że muszę coś zrobić z tym fatalnym ciągiem zdarzeń. Wtedy dowiedziałam się, że grupka moich znajomych tuż po Bożym Narodzeniu wybiera się na Taize do Rotterdamu. Niewiele myśląc, w ostatniej chwili dopisałam się do listy, wpłaciłam zaliczkę – i zostawiłam za sobą wszystko to, co przygniatało mnie do ziemi. Pomyślałam, że to będzie przełomowy, symboliczny wyjazd, po którym wszystko ułoży się inaczej. Bo choć wiadomo, że nic nie naprawia się samo, czasem wystarczy zmienić sposób myślenia i spojrzeć z innej perspektywy – takiej, która zakłada otwarcie się na świat. Dla mnie Rotterdam okazał się tym oknem, przez które spojrzałam na swoje życie inaczej. Ale o tym jutro.

*

Dzisiaj na dobranoc życzę Wam, żeby życie podsuwało Wam nieskończoną ilość możliwości. Oby któraś z nich okazała się dla Was początkiem czegoś dobrego.

Dobrych snów!
Angelika

Share.

1 komentarz

  1. Pingback: Rotterdam

Leave A Reply