Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Rotterdam

1

Ciąg dalszy tekstu pt. Niewypite kawy

Wyjazd do Rotterdamu okazał się szczególną przygodą. Pozwolił rzeczywiście oderwać się od kamienistej ziemi, na której potykałam się o własne smutki. Już sama podróż w tamtą stronę kazała zdystansować się od niedogodności i fatalnych przypadków, bo o ile autokar z pielgrzymami wyjechał o 10:00 rano, jechał przez kolejne dziesięć godzin z Radomia… do Radomia! W drodze bowiem okazało się, że autokar był sprawny – ale nagle przestał być i trzeba było wymienić go na inny. Kilka godzin przeczekaliśmy na stacji pięćdziesiąt kilometrów od miejsca wyjazdu. Potem – nie pamiętam już z jakiej przyczyny – kierowca dostał polecenie, żeby powoli wrócić do Radomia i tam dopiero wszyscy przesiedli się do drugiego pojazdu. Wszyscy poza tymi, którzy zrezygnowali.

Ja nie zrezygnowałam. Z dziesięciogodzinnym opóźnieniem wraz z przyjaciółmi wysiadłam z autokaru w Rotterdamie, gdzie po odprawie trafiłam do domu dwojga starszych Holendrów. Dom, jak wszystkie inne w okolicy, był wąski, przytulny, ozdobiony świątecznymi lampkami jak w zachodnich filmach – i otwarty na świat przez wielkie, niezasłonięte niczym okna. Raj dla tych, którzy lubią podglądać ludzi. Ale było w tym coś dobrego, przyjaznego. Coś, co kazało ufać ludziom, którzy są tak poczciwie otwarci. W środku nocy, w środku zimy, w środku miasta, które było jednocześnie tak obce i tak ciepłe – poczułam, że teraz będzie lepiej.

Kolejne dni spędziliśmy na zwiedzaniu miasta, w którym w jednym czasie spotkał się cały świat. Na podróżach naziemnym metrem do Hagi, gdzie wiał lodowaty północny wiatr od morza. Na ciepłych, nastrojowych muzycznych czuwaniach, podczas których można było przemyśleć swoje życie od początku do końca i z powrotem. I na wspólnych posiłkach na podłodze ogromnej hali, podczas których można było doświadczyć czegoś szczególnego, czego nie sposób nazwać. Wyglądało to jak wielkie zebranie bezdomnych z całego świata, z których każdy dostawał reklamówkę i podchodził kolejno do wolontariuszy rozdających jedzenie w puszkach, kromki chleba, jabłka i herbatę parzoną w wielkich kotłach. Po uzbieraniu całego zestawu obiadowego pozostawało znaleźć wolny kawałek podłogi, zjeść w towarzystwie innych pielgrzymów – i ruszyć dalej na zwiedzanie miasta… albo własnej duszy.

Przywitałam Nowy Rok z dala od znanego świata, z dala od swoich problemów – i z dala od życia, do którego już nie wracałam. Wróciłam do życia, w którym miało się wydarzyć coś dobrego, przed czym nie będę uciekała. W noc sylwestrową okazało się, że Holendrzy mają zwyczaj obchodzić Wigilię Nowego Roku podobną do Wigilii Bożego Narodzenia. W domach, do których przydzielono pielgrzymów, każdy z gospodarzy zorganizował tradycyjną uroczystą kolację. Wszyscy nawzajem składali sobie życzenia. Nie było ważne, że część Holendrów nie umiała mówić po angielsku, a nikt z nas nie znał holenderskiego. Wiedziałam, że każdy życzy mi tego, czego najbardziej potrzebuję – i to życzenie przywiozłam sobie stamtąd jako najcenniejszą pamiątkę. Jak zadziałało w moim życiu – o tym napiszę innym razem.

*

Dzisiaj na dobranoc życzę Wam dobrego końca roku, który będzie początkiem czegoś, co Was uszczęśliwi.

Dobrych snów!
Angelika

Share.

1 komentarz

  1. Jakie to dobre i wyjątkowe wspomnienia! nie tylko w Angelikowej głowie i sercu;)
    Swoją drogą jak to jest, ze czasem zmiana otoczenia i zwiększenie fizycznego dystansu pozwala odnaleźć ten odpowiedni dystans do ważnych spraw w sobie? Oby więcej takich „wycieczek” pomagających spojrzeć na życie z innej perspektywy…;)

Leave A Reply