Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Wino na śniadanie

0

Kilka lat po pamiętnym sylwestrze w Rotterdamie kolejny już Nowy Rok witałam u boku Teo. Mieliśmy za sobą lepsze i gorsze momenty, ale było kilka takich spraw, które stale nas do siebie przyciągały. Pomijając ten nieokreślony magnetyzm, który każe bez względu na wszystko trzymać się tej jednej osoby, lubiliśmy po prostu swoje towarzystwo, a jeszcze bardziej – wspólne podróże. Toteż 2014 rok postanowiliśmy pożegnać w czeskiej Pradze.

Nikomu, kto już tam był w okresie świąteczno-noworocznym, nie trzeba mówić, jak magiczne jest to miejsce o tej porze roku. Obrzeża miasta są spokojne, senne. Oddychające miarowo czeską melancholią. Im bliżej centrum, tym łatwiej można trafić do ciepłych, jasnych restauracji zagnieżdżonych w praskich zaułkach, gdzie serwuje się knedle i czeską gościnność. Melancholia powoli przechodzi w klimatyczność rozwieszoną sznurami złotych światełek na gałęziach drzew i gzymsach domów. Im bliżej centrum, tym bardziej powietrze pachnie grzanym winem, słodkimi trdelnikami* i mrozem, który rozpuszcza się jak cukier w rozgrzanej noworocznej nastrojowości. I płynie to powietrze od rozświetlonego rynku przez Most Karola i wąskie uliczki Małej Strany w kierunku zamku na Hradczanach, który sprawia wrażenie, jakby wyjęto go ze starej czeskiej baśni.

Wszystko to ma o tyle większy urok, jeżeli na przekór oczekiwaniom to sam środek miasta jest miejscem, do którego podróżujący przychodzi się ogrzać… wyszedłszy z hotelowego pokoju, w którym wiatr hula między nieszczelnym oknem a zimnym kaloryferem. Tak właśnie było pod koniec 2014 roku, gdy w mroźny grudniowy wieczór dotarliśmy z dworca w centrum Pragi do pensjonatu na obrzeżach miasta. Wybór miejsca noclegu był oczywisty – kwestie finansowe odgrywały dla nas kluczową rolę, a tu rzekomo trzygwiazdkowy hotel sprawiał wrażenie całkiem przyzwoite za jeszcze przyzwoitszą cenę. Jak się okazało – cena była jednak mocno wygórowana jak na zastane warunki, a trzy gwiazdki przy nazwie „hotel” były chyba gwiazdkami z nieba, którymi ktoś próbował zaczarować smętną rzeczywistość.

W istocie była to próba godna politowania. Gdy późnym wieczorem weszliśmy do wynajętego pokoju, przywitał nas wystrój rodem z wczesnego PRL-u. Ten wizualny mankament tracił jednak zupełnie na ważności wobec pozostałego szeregu „atrakcji”, które odkrywaliśmy przez cały wieczór. Na początek – ledwie zdążyliśmy się zagrzać po przebyciu dość długiej drogi przez skostniałe z zimna miasto – zapowietrzył się kaloryfer. Jak się okazało po zgłoszeniu problemu w recepcji – pan „złota rączka” był na urlopie, więc trudno, nasz pech. W takich sytuacjach często ratunkiem bywa gorąca kąpiel, ale cóż, kiedy woda pod prysznicem także była letnia… a kaloryfera w łazience nie było wcale. Suszarka do włosów była – tyle, że niedziałająca, o czym przekonałam się, stojąc z mokrą głową i z coraz gorszym nastrojem. Nie dało się nawet zrobić na pociechę gorącej herbaty – bo w trzygwiazdkowej norze nie było także czajnika.

Całe szczęście, że chociaż restauracja „hotelowa” była jeszcze czynna, gdzie przesiedzieliśmy resztę wieczoru. Znalazł się także miły kelner, który powiedział, że możemy dostać na wynos wrzątek w kubkach, jeśli chcemy wypić własną herbatę. Tak więc od następnego ranka przed wyjściem schodziliśmy po wrzątek na herbatę do śniadania, potem wyruszaliśmy na miasto i całe dnie spędzaliśmy na zwiedzaniu bajecznych praskich zakątków, w przytulnych restauracjach, przy straganach z grzanym winem, w sklepach z lokalnym rękodziełem i w wielu innych miejscach, których rzeczywistego klimatu nie oddają nawet najlepiej uchwycone zdjęcia. Do pensjonatu wracaliśmy dopiero późnym wieczorem, zachodząc po drodze po dwa kubki z wrzątkiem – i przed snem oglądaliśmy filmy zanaleśnikowani w kołdry i w koce, bo nic bardziej romantycznego w tym ziąbie nie dało się robić.

Z perspektywy czasu czeskie pożegnanie roku było naprawdę urokliwe – w dużej mierze za sprawą wszystkich niedogodności kontrastowo podkreślających baśniowe piękno noworocznego miasta. Najlepszym podsumowaniem praskiej przygody okazał się noworoczny poranek, tuż przed wyjazdem do domu, kiedy zeszliśmy do restauracji po nasz wrzątek, a tam… za kontuarem stał inny kelner, który za ów wrzątek zażyczył sobie po dwa euro od kubka. Teo stanął jak wryty, bo darmowy wrzątek miał przecież rekompensować brak czajnika i inne braki w cenie trzygwiazdkowego pokoju. Kelner pozostał jednak nieugięty w swoim oczekiwaniu zapłaty. Teo w odpowiedzi posłał mu noworoczną wiązankę, a ja solidarnie zgodziłam się co do tego, że dwa euro od kubka to w tych warunkach żart i ironia. Wróciliśmy do pokoju i z braku innych napojów – oraz czynnych sklepów po drodze na dworzec – wypiliśmy do śniadania resztkę sylwestrowego wina. Poranka o tak patologicznym zabarwieniu jeszcze w swoim życiu nie mieliśmy i nawet nas ta sytuacja rozbawiła. W doskonałych humorach pożegnaliśmy uroczą Pragę – i z radością wróciliśmy do domu, gdzie mogliśmy gotować sobie tyle wrzątku, ile dusza zapragnie.

*

W ten noworoczny wieczór życzę Wam doskonałych humorów, które pozwalają dystansować się od przeciwności – a tych ostatnich niech w Waszym Nowym Roku będzie jak najmniej!

Dobrych snów
Angelika

* Trdelnik – tradycyjne słodkie ciastko pochodzące ze Słowacji, popularne także w Czechach.

Share.

Leave A Reply