Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Kołysenne

0

– Babla baba klejjj!
– Co mówisz kochanie?
– Ba ba buuuuu…
– A! Już do ciebie idę…
– Babuła mlu mlu.
– Ach jesteś głodna!
– Bebe guguła… Gie gluf.
– Dobrze, chodź Rybko.
– Gieee…

Tak, z niemowlakiem można się dogadać. Jeśli jest się uważnym, bardzo łatwo można znaleźć wspólny język, rozpięty pomiędzy dorosłą mową a niemowlęcą werbalną abstrakcją. Ale wiadomo – każdy rodzic wyczekuje z niecierpliwością tego pierwszego „prawdziwego” słowa. Czekaliśmy i my. Pamiętam, jak któregoś dnia podeszłam do łóżeczka, w którym leżała jeszcze naprawdę mała Rybka i omal nie upadłam z zachwytu, gdy niespodziewanie ta dotąd tylko mrucząca różowa kluseczka, patrząc mi w oczy z uroczym uśmiechem, powiedziała cichutko swoje pierwsze „glu”. Od tego momentu zaczęliśmy podziwiać jej osobistą mowę, która z każdym tygodniem rozwijała się w coraz bardziej złożony i zróżnicowany bełkot. I jak nietrudno się domyślić, bardzo czekaliśmy na pierwsze „mama” albo „tata”.

Te jednak nie pojawiły się tak po prostu, pewnego pięknego dnia, jak bywa to przedstawiane w filmach i reklamach. Raczej staraliśmy się wyłowić spośród powtarzanych sylab „ta ta ta” albo „ma ma ma” to właściwe znaczenie, wypowiedziane pierwszy raz świadomie. W końcu okazało się, że „tata” jest już zupełnie świadome i znaczy… wszystko to, co fajne. A „mama” zaczęło pojawiać się bardziej w formie „mamuuu” w sytuacjach wielkiego rozżalenia.

Było jeszcze jedno „słowo”, które zaczęło towarzyszyć nam dość wcześnie, jeszcze przed „tata” i „mamuuu”… ale nie od razu skojarzyliśmy, że jest to prawdziwe słowo. Jak każdemu wiadomo, wieczorową porą mamy – tatusiowie zresztą też – mają skłonność do skrajnego zmęczenia i nie wiedzą sami, jak się nazywają, nie mówiąc już o rozumieniu jakichś nieoczywistych niemowlęcych neologizmów. W końcu zauważyłam jednak, że dość regularnie, zazwyczaj po zgaszeniu światła przed snem, Rybka powtarza coś w rodzaju „oły! eeenne”. Z czasem ewoluowało to w bardziej scalone słowo brzmiące „ołyenne” – a dużo później przekształciło się w „kołysenne” – i wtedy mnie olśniło. Poskładałam sobie razem wszystkie okoliczności towarzyszące powstaniu tego tworu językowego i jego znaczenie stało się nagle oczywiste.

A okoliczności były następujące. Pewnej nocy, kiedy byłam w ciąży, przyśniła mi się kołysanka. Spodobała mi się ta melodia i spokój, który z niej płynął, więc od tej pory co wieczór śpiewałam Rybce jej osobistą, nieznaną nikomu kołysankę. To była nasza pierwsza tajemnica. Miałam nadzieję, że dzięki tej piosence, słuchanej od samego początku, moje maleństwo szybciej oswoi się ze światem, którego jeszcze nie zna. Tak też było – Rybka od razu uspokajała się przy tej melodii i przez kolejne miesiące słuchała jej każdego wieczoru przed snem. Kiedy odkryła, że może porozumiewać się z nami za pomocą „słów” – zaczęła sama upominać się o nieodłączny element wieczornego rytuału. „Kołysenne” znaczy w prostym przekładzie: „kołysankę”. W rozwinięciu: „Zaśpiewaj mi kołysankę”.

W ten sposób doszliśmy do wniosku, że pierwsze słowo, na które tak czekaliśmy, pojawiło się już dawno. A że było to słowo, którego się nie spodziewaliśmy – przez jakiś czas pozostało niezauważone.

*

Dzisiaj na dobranoc życzę Wam mniej zmęczenia, które powoduje, że przegapiamy ważne momenty. A dla wyciszenia przed snem posłuchajcie kołysanki, w której wieczór jest dobry, ciepły, magiczny – taki, jakie najbardziej lubimy.

Dobrych snów!
Angelika

Share.

Leave A Reply