Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Drogi naokoło

0

Żeby dotrzeć do swojego miejsca na ziemi, trzeba przebyć wiele dróg. Dosłownie i w przenośni. Zdarza się, że drogi te prowadzą w przeciwnym kierunku do tego, w którym zmierzamy. Paradoksalnie ma to nawet sens, bo kto nigdy nie zaszedł w ślepy zaułek, ten nie dostrzegł wielu cennych znaków, wypisanych na ścianach, od których się odbijamy. Bywa i tak, że w tych zaułkach nagle ktoś zapala światło i okazuje się tam całkiem przytulnie. Można się napić herbaty, porozmawiać – i pójść w dalszą drogę. Swoją drogę do celu.

Od dziecka miałam dość konkretny plan na swoją przyszłość. Po tym, jak w pewne Boże Narodzenie ktoś złamał jedno z moich marzeń (czytaj: Muzyka), postanowiłam, że pozostanę przy tym drugim. Zamierzałam zostać pisarką i ilustratorką książek. Zaczęłam od autorskich projektów rysowanych kredkami świecowymi na odwrocie niepotrzebnych kartek, które tata przynosił z pracy, żebyśmy miały na czym rozwijać swoje dziecięce pasje. Ilustrowane książki własnej produkcji świetnie nadawały się na prezenty dla rodziny i bliskich przyjaciół. Stosowane przeze mnie techniki z czasem stawały się coraz bardziej zaawansowane – od składanych i rozlatujących się kolorowych rozkładówek, przez zszywane zszywaczem kilkustronicowe opowieści, po szyte igłą i nicią – nawet z przyklejonym tekturowym grzbietem – tomiki poezji z ilustracjami w typie Zinowskich grafik.

Wszystko to jednak przez lata gromadzone było na dnie sentymentalnych szuflad maminych, babcinych i dziadkowych kredensów. Kiedy poszłam na studia, które miały mi pomóc w rozwijaniu mojej pasji, okazało się, że nikt tam nie uczy pisać – a jedynie czytać, czytać, czytać… Dopiero po latach zrozumiałam, że była to droga do celu, bo kto czyta na potęgę, ten od właściwej strony uczy się sztuki pisarskiej. Wtedy jednak nie dostrzegłam tej możliwości i skupiłam się raczej na doraźnym przyswajaniu wiedzy – tej oczywistej czynności, która pomaga przebić się do świata zawodowego spełnienia.

Tak się jednak złożyło, że specjalizacja, którą wybrałam i pokochałam, okazała się w rzeczywistości marnym punktem zaczepienia dla kogoś, kto chciał zbudować stabilne i dostatnie życie. Być może nie miałam szczęścia albo siły przebicia, w każdym razie po pewnym czasie pracy w zawodzie jedno było dla mnie pewne – z posady redaktora językowego, nawet w dwóch firmach jednocześnie, nie dam rady się utrzymać. Byłam wtedy już z Teo – i razem jechaliśmy na tym wózku, bo poznaliśmy się na studiach, co oznaczało dzielenie tej samej niedoli. Idee dbałości o wysoki poziom kultury językowej w książkach i pismach – choć robiłam to z zaangażowaniem i pasją – zdecydowanie bladły przy konieczności dbania o codzienną zawartość lodówki i niecierpiące zwłoki rachunki… Wtedy otrzymałam propozycję nie od odrzucenia.

Pewnego dnia zadzwonił telefon. Znajomy, którego niedawno spotkałam po latach i z tej okazji zamieniliśmy kilka słów na temat „co tam słychać”, zaproponował mi pracę kelnerki w kawiarni. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej odmówiłabym, bo byłam przecież magistrem filologii polskiej i prace tego typu miałam już dawno za sobą. Jednak praca „tego typu” okazała się wybawieniem w sytuacji, kiedy stan portfela magistra-pasjonata wołał o pomstę do nieba. Nie zrozumcie mnie źle, nadal kochałam swój zawód, miałam nawet poczucie, że go zdradzam… Ale czułam, że nie mam wyboru, bo w kawiarni oferowali umowę o pracę i najniższą średnią krajową plus bonusy i premie, co w tamtych czasach, tuż po studiach, wydawało mi się luksusem.

Dwa tygodnie później, w środę o 4:00 nad ranem Teo odprowadził mnie na dworzec, skąd wyjechałam w siną dal – czyli na ekspresowe szkolenie, które odbywało się w Koszalinie. Z całej wyprawy, trwającej jeden dzień, od świtu do późnej nocy, najbardziej pamiętam drogę tam i z powrotem, która zajęła większość czasu. Miała swój urok, szczególnie o świcie, kiedy zaspane bursztynowe słońce wygrzebywało się spośród gęstych mgieł, sprawiających wrażenie miękkich i puszystych, jak pierzyna, w którą o tej porze dnia każdy najchętniej by się wtulił, zamiast przysypiać na twardym siedzeniu turkoczącego pociągu. Samo szkolenie trwało zaledwie trzy godziny – i było mi bardzo żal, że będąc tak blisko, nie mogę choć przez chwilę popatrzeć na morze, bo następnego dnia miałam stawić się w pracy. W Warszawie, rzecz jasna.

Po pierwszym dniu na stanowisku kelnerki czułam się jak ta mizerna szmatka, którą trzy razy wycierałam rozlaną kawę, bo ręce trzęsły mi się niemiłosiernie ze stresu, że coś rozleję. Drugiego dnia było nieco lepiej, bo kierownik kawiarni okazał się ludzkim panem i zamiast potrącić mi z pensji – albo z miejsca wyrzucić – podrzucił kilka sposobów na panowanie nad trzęsącymi rękami. Sama ta postawa właściwie mogła zastąpić wszystkie jego sposoby, bo w nowej sytuacji zawsze najbardziej pomocna jest dla mnie czyjaś życzliwość. Dzięki temu nabrałam chęci do pracy, co do której w głębi duszy nadal miałam wątpliwości. W istocie zawód kelnerki okazał się o wiele trudniejszy, niż wcześniej sobie to wyobrażałam. Spotkałam się z wieloma przykrymi sytuacjami, których nie sposób uniknąć w relacjach z ludźmi o różnych temperamentach i poglądach na świat – a każdego z nich trzeba było obsługiwać z uśmiechem na twarzy mimo wszelkich okoliczności.

Z czasem okazało się jednak, że praca w kawiarni to nie tylko praca, lecz także fascynujący przegląd ludzkich osobowości. Od zawsze lubiłam przyglądać się ludziom i wyobrażać sobie, jakie historie noszą w sobie. Skąd przychodzą, dokąd idą, jakimi radościami i smutkami żyją na co dzień. Tam, zza kontuaru, w godzinach mniejszego ruchu, można było kątem oka dostrzec prawdziwe perełki wśród ludzkich zachowań. Zdarzyła się raz starsza kobieta, na oko osiemdziesięcioletnia, która zamówiła kawę i szarlotkę, postawiła przed sobą zdjęcie starszego pana i spędziła godzinę na „randce” z nieobecnym, za którym najwyraźniej bardzo tęskniła. Było to widać w jej szarych, szklanych oczach. Innego dnia zjawiła się grupka nastolatków, z których każdy przez długi czas wpatrywał się w swój telefon, jakby w ogóle nie zauważał obecności znajomych. W końcu jeden z nich z euforią zawołał: „Jest! Tutaj!”. Z kontekstu rozmowy, której fragment usłyszałam, kiedy podeszłam, żeby przyjąć zamówienie, wynikało, że historyk w szkole tak zainteresował ich jakimś obiektem, że przez całą drogę ze szkoły w skupieniu szukali owego obiektu na mapie Warszawy. Zamierzali się tam wybrać, żeby zobaczyć go na własne oczy.

Poza ludźmi, którzy przychodzili do kawiarni ze swoimi historiami, byli też ludzie pracujący w sklepach obok. Kawiarnia znajdowała się bowiem na środku pasażu jednego z dużych centrów handlowych, które budziło się do życia jeszcze przed pojawieniem się pierwszych klientów. W tej ciszy i półmroku, kiedy dopiero zapalały się światła, a kraty w drzwiach sklepów powoli podnosiły się do góry, można było zamienić kilka słów z nowo poznanymi „sąsiadami”. Można było z nimi zamienić kilka słów także w przerwie na lunch, później przy gaszeniu świateł i opuszczaniu krat… a potem w autobusie, bo wielu z nas jechało w tym samym kierunku. Z czasem stałam się jednym z członków swoistej społeczności, funkcjonującej na zasadach przyjacielskiego wsparcia. Była to grupa ludzi, którzy oficjalnie nie pracowali razem, ale współpracowali przy każdej nadarzającej się okazji. Dzięki temu zawsze można było liczyć na wsparcie czy pomoc, kiedy ktoś miał gorszy dzień, nagle skończyła się kawa albo zaciął się kluczyk od kraty.

Wiele miesięcy później, kiedy odchodziłam z kawiarni po przepracowaniu okresu umowy, było mi trudno rozstać się z „sąsiadami”, z którymi przeszłam wiele dobrych i trudnych momentów. Zrozumiałam, że przyjaciół można znaleźć zupełnie niespodziewanie w niepozornych, niby mało znaczących zakamarkach swojego życia. Ludzie przychodzący do kawiarni na kawę i ciastko stali się natomiast trybikami napędzającymi machinę wyobraźni, która rozwijała się w mojej głowie latami, by w końcu przelać się na karty książek, które tak bardzo chciałam kiedyś pisać.

*

Dzisiaj życzę Wam, by Wasze drogi naokoło były pełne dobrych doświadczeń i niespodziewanych inspiracji.

Dobrych snów!
Angelika

Share.

Leave A Reply