Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Dziury czasowe

0

Znacie to uczucie, kiedy drugi człowiek jest tak fascynujący, że niepostrzeżenie wpada się z nim w swoistą dziurę czasową? Najpierw raz – i trudno pojąć, co się właściwie stało, ale chce się to powtórzyć. A potem – powtarza się coraz częściej, tak że dziury czasowe z wyjątkowych momentów stają się zupełnie wyjątkową codziennością.

Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Poznaliśmy się na studiach – albo na karaoke z okazji zdanej sesji… Każde z nas miało swoją wersję, ale obydwie sprowadzały się do jednego – chcieliśmy poznać się bliżej. I to ostatnie słowo jest tu kluczowe – bo w tym „bliżej” mieściły się wszystkie możliwe rodzaje bliskości. Wtedy co prawda ten fakt był jeszcze nieuświadomiony. Wiecie, jak to jest… Gdy przebywa się w obecności kogoś fascynującego, chce się po prostu być bliżej – bez zastanowienia, bez rozważania żadnych za, przeciw, jak i dlaczego. Tylko tak po prostu – chce się być bliżej.

Na pierwszą randkę umówiliśmy się 15 lutego. Dzień po Walentynkach. Ten jeden dzień różnicy względem oficjalnego święta zakochanych także był kluczowy. Bo jak tu poznawać się bliżej, gdy wszystko wokół świeci zawzięcie i rozprasza wzrok oraz myśli czerwonymi serduszkami, a każdy napotkany kwiaciarz insynuuje, że nie można nie kupić pięknej (zmarzniętej) róży swojej ukochanej. Żadne z nas jeszcze nie wiedziało, czy będzie tą ukochaną lub tym kochanym. Ale wiedzieliśmy, że chcemy poznać się bliżej.

Jak wspominałam w poprzednim tekście (Bliżej niż dalej), na to pierwsze spotkanie tylko we dwoje musieliśmy trochę poczekać. Wyjechałam akurat na przerwę zimową do rodziców i tym samym stworzyłam doskonałe warunki do powstania magicznej atmosfery oczekiwania. Wiadomo, w takiej atmosferze różne myśli przychodzą do głowy i można się w nich zanurzyć jak w odurzających oparach jakiegoś dymnego afrodyzjaku. Przez półtora tygodnia chodziłam więc z głową w chmurach i było to niezwykle miłe. Od czasu do czasu wymienialiśmy jakieś wiadomości, z których mogliśmy dowiedzieć się jakichś wyrwanych z kontekstu szczegółów o sobie nawzajem – ale skupiliśmy się głównie na czekaniu, bo takie czekanie jest rzeczą naprawę ekscytującą.

Przez te półtora tygodnia zdążyłam więc wyobrazić sobie wszystko, co było do wyobrażenia – ale gdy przyszło do spotkania, Teo i tak mnie zaskoczył. Myślałam, że po prostu pójdziemy na kawę, przy której po jakimś czasie on zapragnie mnie pocałować i tak cudownie banalnie zacznie się nasza historia. Ale on powiedział:

– Znam dwa miejsca, w których można spokojnie porozmawiać i jest fajny klimat: wolisz kawiarnię czy lodowisko?

Tym pytaniem zbił mnie z tropu. Nie spodziewałam się go zupełnie. Zaczęłam szybko myśleć: „Hmm… Uwielbiam kawiarnie. Tak, tam zawsze wyobrażałam sobie pierwszą rankę… Ale lodowisko jest o niebo bardziej romantyczne… Tylko ja nigdy nie jeździłam na łyżwach! Może lepiej, żeby nie widział mnie po raz pierwszy w roli pokraki? W kawiarni chyba byłoby bezpieczniej…”.

I zanim skończyłam intensywnie myśleć, Teo powiedział:

– Albo wiesz co? Zróbmy to spontanicznie! Rzucimy monetą: jeśli wypadnie orzeł, to lodowisko, a jeśli reszka, to kawiarnia. Może być?

– Tak – odpowiedziałam i było to najbardziej ekscytujące „tak” w moim dotychczasowym życiu (nie licząc rzecz jasna tych późniejszych „tak”, których do dzisiaj nazbierało się już trochę).

Teo rzucił monetą – wypadł orzeł.

Tym sposobem znaleźliśmy się na lodowisku, na którym wcale nie musiałam udawać, że umiem jeździć na łyżwach, bo Teo od razu się zorientował:

– A! To twój pierwszy raz? – powiedział, bo zauważył, że średnio wychodziło mi zapinanie wypożyczonych łyżew. – To świetnie!

I zanim zdążyłam zapytać, co w tym świetnego, dodał:

– To będę cię trzymał za rękę, żebyś nie upadła. Szybko się nauczysz – i mrugnął zachęcająco.

Przyznam, że ten pomysł był najbardziej przebiegłym pomysłem, na jaki mógł wpaść. W ten sposób przez całą godzinę byliśmy bliżej siebie niż mogłabym się spodziewać. W dodatku to „bliżej” zbliżyło nas do siebie w mgnieniu oka. Nagle okazało się, że cudownie nam się ze sobą rozmawia i cudownie się razem milczy. A tak uzasadnione i zupełnie w tej sytuacji oczywiste trzymanie za rękę było przesycone rozczulającą troską i elektryzującą zmysłowością zarazem. Nie mówiąc już o tych momentach, gdy traciłam równowagę na łyżwach, a Teo łapał mnie i przytulał do siebie, żebym nie upadła. Czy to nie romantyczne? No bardzo!

Później okazało się, że wybór między lodowiskiem a kawiarnią był tylko pozorny, bo do kawiarni także poszliśmy. A potem na spacer i na taras widokowy nad Wisłą, i do parku nocą, gdzie pomiędzy koronami drzew prześwitywały całe gwiazdozbiory. Kiedy Teo odwiózł mnie do domu – to jest do wynajmowanego mieszkania – zorientowałam się, że minęło osiem godzin, a my zupełnie zapomnieliśmy o jakiejkolwiek potrzebie jedzenia, o mijającym czasie, o bożym świecie. Zaprosiłam go więc na herbatę pod pretekstem, że warto by w końcu coś zjeść, a miałam jeszcze kilka babeczek, które przywiozłam sobie z domu „na jutro”. Wszedł więc na herbatę – i przy tej herbacie spędziliśmy jeszcze dwie godziny.

O 2:00 Teo poszedł, a ja zostałam sama w cichym mieszkaniu z przekonaniem, że to była randka, jakiej nie zapomina się do końca życia – a nawet jeszcze dłużej. Spędziliśmy dziesięć godzin gdzieś poza czasem – sama nie wiedziałam, w jakim właściwie wymiarze, ale bardzo mi się tam podobało. Po dwóch dniach spotkaliśmy się ponownie. Po dwóch kolejnych znowu. A później… później już codziennie. Wpadliśmy w jedną wielką dziurę czasową, w której żadne godziny czy minuty nie miały znaczenia, kiedy byliśmy razem. No chyba że trzeba było pójść na zajęcia albo pozałatwiać inne przyziemne sprawy – ale że studiowaliśmy razem, w niczym to nie przeszkadzało. W wymiarze naszej miłości z czasem znaleźliśmy równowagę między czasem dla siebie nawzajem a czasem dla świata zewnętrznego – a właściwie nauczyliśmy się czuć swoją obecność stale, niezależnie od przestrzeni i czasu. I tak zostało do dzisiaj.

*

Tym sposobem my obchodzimy „nasze Walentynki” niezmiennie 15 lutego. Dzień później niż reszta świata – bo jest to tylko nasz dzień. Co prawda od dwóch lat to świętowanie jest nieco utrudnione, bo nasza Rybka jeszcze nie wyrosła z potrzeby bycia w centrum uwagi całego wszechświata. Ale prawda jest taka, że czasem wystarczy po prostu powiedzieć sobie nawzajem: „Dobrze, że jesteś”. I wrócić myślami do tamtego dnia, w którym wszystko się zaczęło. Poza tym taką okoliczność można z powodzeniem potraktować jako kolejny czas ekscytującego oczekiwania na te cenne chwile we dwoje, w których nic innego się nie liczy – tylko my i ten czas „poza czasem”, którego nie sposób zdefiniować słowami.

*

Dzisiaj na dobranoc życzę Wam takich randek, których nie zapomina się do końca życia – a nawet jeszcze dłużej. Niezależnie od tego, na jakim etapie życia jesteście. Wpadajcie w takie dziury czasowe jak najczęściej <3

Dobrej nocy!
Angelika

Share.

Leave A Reply