Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Przychodzi czasem taki dzień…

0

Są czasem takie wieczory, kiedy zmęczenie całym dniem zamyka ci oczy, uszy i usta – nic już nie widzisz, nie słyszysz i nie mówisz, bo po prostu zasypiasz na stojąco. Wtedy marzysz tylko o jednym – żeby położyć się i przespać całą noc. Aż do rana. Aż do nowego, rześkiego, uśmiechniętego jutra.

Przychodzi jednak czasem taki dzień, kiedy zmęczenie gromadzące się całymi tygodniami w coraz cięższej głowie przeciąża zupełnie twoje myśli. Gromadzi się i skrapla w kącikach oczu i w kącikach ust, które coraz bardziej opadają. Nie masz siły się uśmiechać. Nie masz siły być miła. I paradoksalnie im bardziej czekasz na wolną, niezapracowaną chwilę z kimś bliskim, tym trudniej ci okazać temu komuś, jak bardzo jest dla ciebie ważny. Zamiast radości wyrzucasz z siebie całe zmęczenie ujęte w wyrazach negatywnych emocji. Nie wiesz dlaczego. Może z żalu, że tych wspólnych chwil jest tak mało. A każda z nich dzieli się na dwoje, albo i troje. Zależnie od tego, ile małych serc powstałych z waszej miłości codziennie domaga się pełnej uwagi.

A potem zaczynasz płynąć na fali tego żalu, który rozlewa się na kolejne obszary. I jest ci smutno, że nie możesz, jak dawniej, chodzić na co dzień w sukienkach i szpilkach. Bo chyba połamałabyś sobie nogi w pogoni za uciekającym dwulatkiem. Albo pod słodkim ciężarem niemowlaka przywiązanego do ciebie chustą i nieskończoną potrzebą tulenia.

Czujesz pustkę w głowie. Ze zmęczenia i z żalu wszystkie myśli plączą się i nie wynika z nich nic twórczego. Nic sensownego. To przytłacza.

W dodatku zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo nie lubisz gotować. Jak bardzo męczy cię bałagan, który po tym pozostaje. Jak bardzo nie masz siły stać w kuchni, a potem sprzątać. Więc tego dnia serwujesz dziecku obiadek ze słoiczka, a mężowi po pracy pierogi ze sklepu pod domem. I niby jest wszystko w porządku, bo nikt nie chodzi głodny, dziecko radośnie gaworzy, a mąż się nawet cieszy z takiego rozwiązania, bo lubi te pierogi. Ale tak się składa, że akurat tego dnia przychodzi do ciebie w odwiedziny ktoś, kto rzuca bystrym okiem w stronę kuchni i mówi ci z troską: „Widzę, że sobie nie radzisz”. I ty w to wierzysz, choć tak bardzo chciałabyś usłyszeć: „Świetnie sobie radzisz. Każdy może mieć gorszy dzień. Albo kilka. To minie”. Chcesz słyszeć te słowa i właśnie w nie wierzyć. Ale słyszysz te drugie i one jeszcze bardziej przygniatają cię do ziemi.

W taki dzień masz ochotę położyć się do łóżka, nakryć kocem po sam czubek głowy – i obudzić się dopiero na wiosnę, kiedy świat powlecze się złotą słoneczną powłoką i każdy zacznie się uśmiechać tym uśmiechem, od którego robi się lepiej.

A później…

Później przychodzi wieczór. Po ogarnięciu całego codziennego chaosu myślisz, że jak zwykle kładziesz się tylko na chwilę, bo ktoś w łóżeczku obok zaraz się obudzi. Akurat wtedy, kiedy zaczniesz na dobre zasypiać. Ale tej nocy ten mały ktoś wyjątkowo śpi spokojnie. I ty śpisz – snem bez snów, bo ze zmęczenia twój umysł nie chce widzieć żadnych obrazów.

I przychodzi jutro. A jutro… nieoczekiwanie wydaje ci się, że to była magiczna noc, bo nagle wczorajsze zmęczenie jakby zaczęło się ulatniać. Przez okna wpadają złotawe smugi światła, jakby to naprawdę była już wiosna. I słyszysz w łóżeczku obok głos, który cię woła, ale nie wstajesz ostatkiem sił. Wstajesz zwinnie i chętnie – i po chwili tulisz swój największy skarb, który jest wart każdego zmęczenia. Który jest sensem twojego bycia tu i teraz. Bo oto jesteś czyimś całym światem, czyimś cieniem i schronieniem. A to stawia cię w wyjątkowym świetle.

W tym świetle zaczynasz dostrzegać w swojej codzienności nowe pomysły, które przychodzą jeden po drugim jako słowa, dźwięki i obrazy. Wiesz już, że stworzysz dzisiaj coś szczególnego, choć wczoraj wydawało ci się, że twoja wena odeszła na zawsze.

Tego dnia nie zakładasz swoich ukochanych szpilek – ale zakładasz kwiecistą sukienkę i idziesz ze swoim skarbem ulicą, na której nawet ktoś się do ciebie uśmiecha. Tak po prostu. I od tego robi się cieplej, jakby to naprawdę była już wiosna.

Ogrzana tym uśmiechem, nabierasz ochoty, żeby ugotować obiad z trzech dań, mimo że wczoraj nienawidziłaś gotowania i swojej nieposprzątanej kuchni. Z braku czasu gotujesz jednak jedną pożywną zupę dla całej rodziny i cieszysz się swoim sukcesem. Tak, sukcesem – zrozumie to ten, kto kiedyś musiał walczyć o swoją wewnętrzną siłę.

Później przytulasz się do tych jedynych na świecie, silnych męskich ramion, w których jest twoje schronienie i twój najwspanialszy spokój. I okazuje się, że taka chwila wystarczy, żeby poczuć, że wszystko jest na swoim miejscu. Że jesteś w domu. Że ten dom to najlepsze, co cię w życiu spotkało.

I myślisz o tym wczorajszym troskliwym „Nie radzisz sobie” jak o cieście z zakalcem – ktoś chciał ci dać coś od siebie, ale trochę mu nie wyszło. I myślisz: „To nic, zdarza się”. I zapraszasz tego kogoś na kawę, i częstujesz go swoim ciastem – a może tylko kawą i najserdeczniejszym uśmiechem, na jaki cię stać? Bo od biedy to nam zawsze pozostaje, gdy nie wiadomo, co powiedzieć – uśmiech, przy którym zbędne są wszelkie słowa.

*

Dzisiaj na dobranoc życzę Wam, by jak najczęściej zaglądała do Was wiosna w serdecznych uśmiechach, od których robi się lepiej. Takich, w których zawarte są tak ważne słowa: „Każdy może mieć gorszy dzień. Albo kilka. To minie”.

Dobrych snów!
Angelika

Share.

Leave A Reply