Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Spotkania ze sobą

0

Pochwalę się Wam dzisiaj tym, że pierwszy raz od dawna sięgnęłam po książkę. Taką prawdziwą, tradycyjną, papierową. Nie jakieś artykuły czy elektroniczne urywki z literatury. Kiedyś nie było dla mnie dnia bez książki. W pracy czy dla siebie – wszystko jedno. Potem zabrakło czasu. Pomyślałam: „No trudno, co zrobić…”. Ale przyszedł ten dzień, gdy naprawdę zatęskniłam. Wyczekałam sobie więc tę książkę, bo szła do mnie kilka długich dni. Zaczęłam czytać wczoraj w nocy – i przepadłam. Przypomniałam sobie, jak bardzo czytanie poszerza horyzonty. I jak bardzo jest mi to potrzebne.

Moje horyzonty bowiem od pewnego czasu wyznaczają pory spania, karmienia, przewijania, zabawiania, pilnowania. Rybki, rzecz jasna. Siebie pilnować, karmić i usypiać specjalnie nie muszę, bo mam to w pakiecie z narzuconym rytmem dnia. Kiedy dziecko je, ja też coś tam zjem przy okazji. Kiedy pilnuję dziecka, to siłą rzeczy uważam i na siebie, bo muszę przecież jako tako funkcjonować, żeby tej Rybki pilnować jak należy. Kiedy dziecko śpi, ja też śpię…

Chociaż nie – ta zależność wyłamuje się z reguły. Kiedy dziecko śpi, ja raczej piję kawę, bo taką chwilę dla siebie trzeba należycie celebrować. Dopiero kiedy skończę, gotuję obiad, chociaż ostatnio gotować nie lubię. Strasznie dużo przy tym bałaganu. Albo właśnie coś sprzątam, o ile nie mam pilniejszych zajęć, jak na przykład nastawienie setnego w tym tygodniu prania. Z czynności spania nocą też zrobiłam sobie nieosiągalny luksus, bo choć marzę o tym przez cały dzień, to kiedy przychodzi wieczór, nagle przypominam sobie, że jest tyle ciekawych rzeczy, które można jeszcze zrobić… Na przykład właśnie poczytać.

To są takie drobne momenty, kiedy wracam do siebie. Wychodzę z bycia mamą, a wchodzę do świata, który jest w mojej głowie od zawsze. Tam, gdzie mam tylko własne myśli. Niezakłócone i spokojne. Bo o ile bycie mamą to wielkie szczęście, wartość niezmierzona i cały świat cudów, bez których nie można już żyć, odkąd się je zobaczyło po raz pierwszy… o tyle to szczególne „bycie” definiuje się byciem w całości dla kogoś. A przecież trzeba czasem odwiedzić i siebie, żeby przypomnieć sobie, kim naprawdę się jest i dodać tej mamowatości odrobiny wdzięku.

Poza tą południową kawą i północnym czytaniem – albo pisaniem czy też dziubdaniem rysunków, do których nocą potrafię wejść na długie godziny – jest jeszcze jeden moment w ciągu dnia, w którym znajduję wytchnienie. I jak się okazuje – nie tylko wytchnienie. Nie od dziś wiadomo, że uwielbiam się moczyć w gorącej wodzie. Och jak bardzo! A że nie mam aż tyle osobistego czasu, żeby zażyć prawdziwej, długiej kąpieli w pianie, znajduję namiastkę tej przyjemności w gorącym prysznicu. Wtedy na chwilę się wyłączam. Woda szumi, para osiada na lustrze i na szybkach drzwi, tak że odgradzam się miłą, gorącą mgłą od swojej kochanej, niestrudzonej codzienności.

Wtedy przychodzą mi do głowy słowa i dźwięki. Przypływają na fali weny, która nie wiadomo skąd się bierze. Ale się bierze – i to się liczy. Z powodu tych okoliczności nie zdążam nigdy się przygotować do napisania utworu. Włączyć czystej strony w Wordzie, przemyśleć tematu, użyć metronomu – więc zawsze coś namieszam i wychodzą z tego muzyczne cuda i dziwy. Ale ludzie mówią, że ładne. Szkoda też staruszka-keyboardu, który sprowadziłam jakiś czas temu z mojego domu rodzinnego i… ani razu go nie użyłam. Bo gdy wychodzę spod prysznica, nowy utwór jest gotowy. Albo w połowie gotowy – a w drugiej połowie nazajutrz po wieczornym prysznicu. Świeżutki i gorący. Potem Rybka słucha go na dobranoc i zatwierdza rychłym zaśnięciem, że owszem, nadaje się na kołysankę.

I tak oto powstały szkice dotychczasowych utworów – oczywiście później starannie doszlifowane, ubrane w szatę muzyczną i dopięte w studiu na ostatni guzik. Dopracowane we współpracy z talentami, o których nie śniło mi się w bezsenne noce. Ale o tych sprawach nie będę się tu rozpisywać, bo to proces objęty tajemnicą zawodową. A tajemnice nie byłyby tak urokliwe, gdyby każdy o nich wiedział.

*

Życzę Wam na dobranoc jak najwięcej twórczych chwil dla siebie. Albo po prostu takich spokojnych, w których można swobodnie i bez pośpiechu porozmawiać z samym sobą. A jeśli lubicie cykl „Kołysanki dla sennych i bezsennych”, posłuchajcie sobie dzisiaj „Kołysanki dla Amelki”. Tak żeby nastroić sobie noc łagodnością i ciepłem muzyki.

Dobrych snów!
Angelika

 

Słowa, melodia, wykonanie – Aleksandra Dybowska
Aranżacja muzyczna – Rafał Balicki

Share.

Leave A Reply