Oops! It appears that you have disabled your Javascript. In order for you to see this page as it is meant to appear, we ask that you please re-enable your Javascript!

Pierwsze pocałunki

1

Pierwsze pocałunki bywają ciepłe i miękkie, tak że chciałoby się w nich zanurzyć w całości i nie czuć już nic więcej. Bywają też twarde i kanciaste, tak że można na nich połamać usta i zbyt wybujałe wyobrażenia. Bywają zwiewne i ulotne, gdy się do nich nie przywiązuje zbytnio wagi – albo ciężkie jak kamień w sercu, gdy się za nimi za bardzo tęskni. Pierwsze pocałunki potrafią spędzać sen z powiek albo zamykać powieki ukojone czułością odczuwalną do utraty tchu. Bywają delikatne jak muśnięcie kwietniowego wiatru albo nabrzmiałe od zapomnienia w sierpniowe noce. Niektóre są narwane i nieprzewidywalne w słonecznym zaślepieniu, inne – spokojnie dryfują w oku miłosnego cyklonu. Pierwsze pocałunki bywają pierwsze, kolejne albo ostatnie. Na przekór logice są w życiu powtarzalne. Pojawiają się to tu, to tam, w głowie, w sercu, na ustach. Jak impulsy wędrujące po ciele i umyśle, wodzone czyimś magnetyzmem. Na koniec zostają zamknięte w pudełku ze wstążką albo porozrzucane niedbale po kątach życiowych doświadczeń.

Moje pudełko z pierwszymi pocałunkami mieści się w szufladce gdzieś z tyłu głowy – tam, gdzie świadomość łączy się z podświadomymi przepływami emocji. Ta szufladka ma skłonność do uchylania się nieznacznie pod wpływem zmysłowych skojarzeń. Głosów, melodii, obrazów. Zapachów. Albo rytmicznych uderzeń wewnętrznego zegara, który czasem jakby się psuł i wybijał godzinę, która dawno już minęła. Wtedy przypominam sobie swoje pierwsze pocałunki, których było tyle, że skategoryzowały się w następującym porządku.

Najpierw – pierwsze pocałunki, których nigdy nie było. Wydarzyły się w wyobraźni, w marzeniach, w snach. I tam pozostały. Z czasem okazało się, że właśnie tam jest ich miejsce i tam im dobrze – wpasowały się i zagnieździły, żeby pozostać na zawsze w sferze niepojętej dziewczęcej wyobraźni. Rozmyte i ulotne jak niknący cień nocy tuż przed świtem. Niespełnione chyba szczęśliwie dla mnie – bo gdyby się kiedykolwiek spełniły, być może nie byłoby mnie tu, gdzie teraz jestem.

Później miał miejsce pierwszy pocałunek zupełnie realny – ale z kolei niewyśniony. Niewymarzony i niewyczekany. Z kimś, z kim w moim przekonaniu nie powinien był się wydarzyć. On był o kilka lat starszy. Zupełnie inny niż ci, którzy działali na moją wyobraźnię. Nie taki, jakiego potrzebowały moje pragnienia. Ale miałam siedemnaście lat i byłam ciekawa. Więc gdzieś kiedyś w środku nocy, pod klatką otoczoną światem betonowych bloków, wydarzył się ten pierwszy rzeczywisty pocałunek, który pamięta się, owszem. Ale pamięta się bardziej to, że był, a nie to, jaki był. Bo był tak nieszczególny, że szczegółów nie chce się pamiętać.

Były jeszcze pierwsze pocałunki, których nie chciałam. Chodziły za mną wraz z mężczyznami, których wabiła moja kobiecość, zawoalowana wrażeniem niedostępności. Rano stukały do moich drzwi, a wieczorami stały pod balkonem. Czasem zaglądały przez dziurkę od klucza, żeby się przekonać, czy jakiegoś wytrychu do moich ust i duszy nie ma przypadkiem w zasięgu ręki. Nie było go z różnych powodów. Nosiciele pocałunków, których nie chciałam, nie mieścili się w moich wyobrażeniach. Albo wypadali z nich mimo usilnych prób zaczepienia się o jakąś przychylną myśl. Albo wydawali mi się zbyt idealni, a wiedziałam już wtedy, że ideałów w rzeczywistym świecie nie ma. Ich złudny obraz wydawał mi się groźny. Bałam się zarazić doświadczeniem tych wyśnionych przez kogoś pocałunków, których mogłabym potem żałować. Tak, jak żałowałam tego jednego, który wydarzył się gdzieś kiedyś w środku nocy, pod klatką otoczoną światem betonowych bloków.

I w końcu – pierwszy prawdziwy pocałunek. Najbardziej ze wszystkich trudny do zdefiniowania. Był bezsprzecznie rzeczywisty, dotykalny, a jednocześnie trudny do objęcia rozumem. Zawieszony na granicy dwóch światów – realnego i magicznego. Wywodzący się z marzeń sennych, osnuty na motywach najgłębszych pragnień i wsiąkający w chłodną rzeczywistość na prawach emocjonalnej osmozy. Spowodował, że nagle zatarła się różnica stężeń szczęścia między nabrzmiałym od doznań światem marzeń a chłodnym, realnym światem pustki, której nikt dotąd nie wypełnił. Pierwszy prawdziwy pocałunek nalał do tej pustki równowartość magii, która dotąd wypychała kieszenie mojej wyobraźni, zamkniętej stale na zacięty zamek.

Pierwszy prawdziwy pocałunek pojawił się najbardziej niespodziewanie – chociaż w istocie był najbardziej oczekiwany i najbardziej chciany ze wszystkich. Ale ponieważ nie pojawił się ani na pierwszej, ani na drugiej, ani nawet na trzeciej randce, nie było wiadomo, kiedy można się go spodziewać. Przez pewien czas chodziliśmy ze sobą wokół tego pocałunku, jakbyśmy go nie zauważali w ogóle, choć wisiał nad nami nieustannie. Prześlizgiwaliśmy się obok niego, jakby jeszcze nie dojrzał na tyle, żeby się nad nim pochylić. Chyba chcieliśmy wyczekać go sobie jeszcze bardziej. Jak gdyby czekanie przez całe dotychczasowe życie było jeszcze niewystarczające. W końcu wychodziliśmy go sobie na którymś spacerze po parku, w którym wydeptaliśmy już zarysy wspólnych ścieżek. Wyczekaliśmy go do ostatniej chwili.

I oto w tamtej chwili, będącej jednocześnie ostatnią i pierwszą, zniknęło wszystko dookoła. Wydawało mi się wtedy, że na całym świecie został mi tylko on. Mężczyzna wychodzony i wyczekany jak pierwszy prawdziwy pocałunek. Od tego pocałunku stawał się na zmianę to bardziej realny, to bardziej magiczny. Rzeczywisty jak dotyk, który czułam przez usta i niepojęty jak szczęście, które krążyło w krwiobiegu najbardziej nieziemskiej spośród ludzkich relacji. Później świat zaczął z powrotem wyłaniać się zza tego pocałunku, ale nie był już nigdy taki sam, jak przedtem. Był w nim odciśnięty ten pocałunek, który dotknął moich oczu, uszu i samego środka duszy. I chociaż, jak każdy pierwszy pocałunek, zamknęłam go później w pudełeczku, w szufladce z tyłu głowy – przez niego już zawsze widzę twarz tego mężczyzny, który był przy mnie, gdy cały świat na chwilę zniknął. I czuję jego obecność już zawsze – gdziekolwiek jestem, cokolwiek robię i o czymkolwiek myślę.

*

Na dobranoc życzę Wam pierwszych prawdziwych pocałunków – i kolejnych tak prawdziwych, że gdy cały świat znika, pozostaje nadal ktoś, kto wypełnia Waszą pustkę magią z najgłębszych snów.

Dobrych snów!
Angelika

Share.

1 komentarz

  1. Pingback: Wokół pocałunku

Leave A Reply